Pokazywanie postów oznaczonych etykietą Vanessa. Pokaż wszystkie posty
Pokazywanie postów oznaczonych etykietą Vanessa. Pokaż wszystkie posty
czwartek, 30 lipca 2015
Od Vanessy cd Michael'a
Tym razem przesadził! Nie wytrzymałam i zadzwoniłam do Niego.
- Michael, jak Ty... - ale to nie On odebrał...
- Vanesso? To Ty, skarbie? Tutaj babcia Mikey'a... - usłyszałam załamujący się głos kobiety.
- Tak, proszę Pani, tu Vanessa. Coś się stało, prawda? - łzy napłynęły mi do oczu.
- Michael'a przed chwilą zabrało pogotowie. - była przerażona.
- To raczej nie jest rozmowa na telefon, zaraz do Pani przyjdę. Jest Pani w domu, czy w szpitalu? - spytałam, zachowując spokój.
- W domu. Powiedzieli, że nie mogę z nimi jechać. - wyjaśniła.
- Dobrze, proszę się nigdzie nie ruszać! Zaraz do Pani przyjdę! - powiedziałam i się rozłączyłam. Zbiegłam pędem po schodach i wybiegłam z domu. Już po chwili stałam przy drzwiach domu Mikey'a. Zapukałam. Otworzyłam mi przerażona babcia chłopaka.
- Dzień dobry! Proszę, niech się Pani zbiera. Musimy sprawdzić co z Michael'em. - poproiłam. Kobieta posłuchała i zaraz wyszła. Złapałam taksówkę i pojechałyśmy do szpitala. Mirabelka poszła szukać lekarza, a ja tymczaem siedziałam na korytarzu. Po kilku minutach wróciła z doktorem, który zaprowadził nas do sali, w której leżał Mkey. Mirabelka musiała jezcze porozmawiać z lekarzami, a ja tak siedziałam i patrzyłam, jak On tak leży... niczym martwy... Pod koniec dnia kazali mi wracać do domu. Zostawiłam chłopakowi wiadomość: "Po ch*j mi jakiś po*ie*dolonoy książę z bajki, jak mam Ciebie, co?". Wróciłam do domu i czekałam na jakikolwiek znak życia od chłopaka.
(Michael?)
Od Vanessy cd CD. Michael'a i Camerona
Zrezygnowana, wściekła i załamana wróciłam do kawiarnii, w której nadal
siedział Cameron. Usiadłam tam, gdzie wcześniej, odwracając się, by nic
nie zauważył.
- Przepraszam, że tak wyszłam, ale musiałam... - powiedziałam.
- W porządku, rozumiem. Dało to chociaż efekty? - spytał po chwili.
- Negatywnych pełno, ale pozytywny także... - mruknęłam.
- A jaki był ten pozytywny? - dopytywał.
- Po raz kolejny uczę się na błędach. - westchnęłam nadal chlipiąc.
- Czekaj... Czy Ty płaczesz? - zapytał nagle.
- Nie, nie... Tylko oczy mi się pocą... - mruknęłam.
- Ta, jasne... Jeśli chcesz to mogę Ci dziś towarzyszyć. - zaproponował.
- To bardzo miłe z Twojej strony, ale chcę pobyć sama. - odparłam i wyszłam. Wróciłam do domu, który, jak zawsze o tej porze, był pusty. Wzięłam swój telefon i napisałam do Michael'a: "Jeśli aż tak tego chcesz, to zapomnę o Tobie...".
(Michael?)
- Przepraszam, że tak wyszłam, ale musiałam... - powiedziałam.
- W porządku, rozumiem. Dało to chociaż efekty? - spytał po chwili.
- Negatywnych pełno, ale pozytywny także... - mruknęłam.
- A jaki był ten pozytywny? - dopytywał.
- Po raz kolejny uczę się na błędach. - westchnęłam nadal chlipiąc.
- Czekaj... Czy Ty płaczesz? - zapytał nagle.
- Nie, nie... Tylko oczy mi się pocą... - mruknęłam.
- Ta, jasne... Jeśli chcesz to mogę Ci dziś towarzyszyć. - zaproponował.
- To bardzo miłe z Twojej strony, ale chcę pobyć sama. - odparłam i wyszłam. Wróciłam do domu, który, jak zawsze o tej porze, był pusty. Wzięłam swój telefon i napisałam do Michael'a: "Jeśli aż tak tego chcesz, to zapomnę o Tobie...".
(Michael?)
środa, 29 lipca 2015
Od Vanessy cd Camerona i Michael'a
- Cam, ja muszę... - zaczęłam.
- Spoko, rozumiem. Idź. - przerwał mi.
- Dzięki wielkie, trzymaj się! - powiedziałam i od razu wybiegłam za chłopakiem. Rozejrzałam się po ulicy, ale nigdzie Go nie było. Zaczęłam zastanawiać się, dokąd mógł pójść... Pierwsze miejsce, jakie przyszło mi do głowy to park. Szybko tam pobiegłam, ale nigdzie nie dostrzegłam Mikey'a. Szukałam dalej, aż doszłam do nieznanej mi części parku. Ujrzałam tam polanę z kwiatami, a wśród nich siedziała zakapturzona postać w wianku. Domyśliłam się, kim jest. Podeszłam bliżej chłopaka, a po chwili już siedziałam obok Niego.
- Hmmm... Trochę krzywy wyszedł, ale i tak jest piękny. - uśmiechnęłam się.
- Wracaj do swojego chłoptasia. - mruknął.
- Miałeś siedzieć w domu. - przypomniałam.
- W tej chwili to mi wszystko jedno... - burknął.
- Nie możesz tak mówić, chodź wrócimy do Ciebie i... - zaczęłam.
- Wróć lepiej do swojego towarzysza... - przerwał mi.
- Kiedy Ty wreszcie zrozumiesz, że wolę przebywać z Tobą i tylko z Tobą! - podkreśliłam to.
- Gdzie tam ze mną... - odwrócił się do mnie tyłem.
- Michael ja Cię... ko... ko-ko-cham... - prawie się wysłowiłam.
(Michael?)
- Spoko, rozumiem. Idź. - przerwał mi.
- Dzięki wielkie, trzymaj się! - powiedziałam i od razu wybiegłam za chłopakiem. Rozejrzałam się po ulicy, ale nigdzie Go nie było. Zaczęłam zastanawiać się, dokąd mógł pójść... Pierwsze miejsce, jakie przyszło mi do głowy to park. Szybko tam pobiegłam, ale nigdzie nie dostrzegłam Mikey'a. Szukałam dalej, aż doszłam do nieznanej mi części parku. Ujrzałam tam polanę z kwiatami, a wśród nich siedziała zakapturzona postać w wianku. Domyśliłam się, kim jest. Podeszłam bliżej chłopaka, a po chwili już siedziałam obok Niego.
- Hmmm... Trochę krzywy wyszedł, ale i tak jest piękny. - uśmiechnęłam się.
- Wracaj do swojego chłoptasia. - mruknął.
- Miałeś siedzieć w domu. - przypomniałam.
- W tej chwili to mi wszystko jedno... - burknął.
- Nie możesz tak mówić, chodź wrócimy do Ciebie i... - zaczęłam.
- Wróć lepiej do swojego towarzysza... - przerwał mi.
- Kiedy Ty wreszcie zrozumiesz, że wolę przebywać z Tobą i tylko z Tobą! - podkreśliłam to.
- Gdzie tam ze mną... - odwrócił się do mnie tyłem.
- Michael ja Cię... ko... ko-ko-cham... - prawie się wysłowiłam.
(Michael?)
Od Vanessy cd Camerona
- Hmmmm... chyba kojarzę... Tak! Ale nie mam pojęcia skąd... - zaczęłam się zastanawiać.
- No, dalej! Myśl, myśl! - zaśmiał się chłopak.
- Wiem! Wokalista. - olśniło mnie wreszcie.
- Brawo, Watsonie! - zaczął klaskać śmiejąc się przy tym.
- I Youtube'r. - przypomniałam sobie.
- Ty mnie znasz, ale ja Ciebie już nie... - zauważył.
- No, tak, bo jaka gwiazda mnie zna. - zaśmiałam się. - Vanessa Moore.
- Bardzo mi miło i jeszcze raz bardzo przepraszam. - powiedział.
- Spokojnie, nic się nie stało. Tylko uważaj na dziennikarzy i fanów, jeszcze Ci zrobią jakieś zdjęcia. - ostrzegłam.
- Dzięki za ostrzeżenie, ale jakoś sobie z nimi radzę. - powiedział. - To dziwne... - dodał po chwili.
- Co takiego? - spytałam zdezorientowana.
- Znasz mnie, a jeszcze się na mnie nie rzuciłaś... - odparł zdziwiony, na co roześmiałam się.
- Raczej nie należę do psychofanów, nie dających żyć celebrytą, więc nie masz się czym przejmować. - wysiliłam się na uśmiech.
(Cameron?)
- No, dalej! Myśl, myśl! - zaśmiał się chłopak.
- Wiem! Wokalista. - olśniło mnie wreszcie.
- Brawo, Watsonie! - zaczął klaskać śmiejąc się przy tym.
- I Youtube'r. - przypomniałam sobie.
- Ty mnie znasz, ale ja Ciebie już nie... - zauważył.
- No, tak, bo jaka gwiazda mnie zna. - zaśmiałam się. - Vanessa Moore.
- Bardzo mi miło i jeszcze raz bardzo przepraszam. - powiedział.
- Spokojnie, nic się nie stało. Tylko uważaj na dziennikarzy i fanów, jeszcze Ci zrobią jakieś zdjęcia. - ostrzegłam.
- Dzięki za ostrzeżenie, ale jakoś sobie z nimi radzę. - powiedział. - To dziwne... - dodał po chwili.
- Co takiego? - spytałam zdezorientowana.
- Znasz mnie, a jeszcze się na mnie nie rzuciłaś... - odparł zdziwiony, na co roześmiałam się.
- Raczej nie należę do psychofanów, nie dających żyć celebrytą, więc nie masz się czym przejmować. - wysiliłam się na uśmiech.
(Cameron?)
Od Vanessy cd Michael'a
Wkurzył mnie! Czy On nie potrafi inaczej?!? Za każdym razem odchodzi w taki sposób!
- Michael! Michael, zatrzymaj się! - wrzasnęłam za Nim. Poczułam na ramieniu pierwsze krople deszczu. Chłopak usłyszał i odwrócił się. Podeszłam bliżej Niego. - Czy Ty zawsze tak musisz?! - spytałam z pretensją.
- Tak, znaczy jak? - zapytał zdezorientowany.
- Pffff... Za kazdym razem odwracasz się i sobie, tak po prostu, idziesz! - odparłam.
- A co mam robić? Stać? Poza tym mówiłaś, że musisz iść. - bronił się.
- Tak mówiłam, bo niespodziewałam się, że... zresztą wiesz, o co mi chodzi! - powiedziałam i, jak na życzenie, zaczęło padać.
- Mogłaś to przewidzieć... - mruknął.
- Powiedz mi, jak ja miałam to przewidzieć?!? Próbowałeś mnie w ten sposób zatrzymać? Udało Ci się! - fuknęłam.
- Wiedziałem, że to poskutkuje! - roześmiał się.
- Chwila... TY TO ZAPLANOWAŁEŚ?!? - osłupiałam.
- Taaak? - zaśmiał się. Moja mina musiała być wtedy bezcenna...
- Jesteś kompletnym idiotą! - wrzasnęłam. - I za to tak Cię uwielbiam... - dodałam bardzo spokojnym głosem i stało się, co się stało...
(Michael?)
- Michael! Michael, zatrzymaj się! - wrzasnęłam za Nim. Poczułam na ramieniu pierwsze krople deszczu. Chłopak usłyszał i odwrócił się. Podeszłam bliżej Niego. - Czy Ty zawsze tak musisz?! - spytałam z pretensją.
- Tak, znaczy jak? - zapytał zdezorientowany.
- Pffff... Za kazdym razem odwracasz się i sobie, tak po prostu, idziesz! - odparłam.
- A co mam robić? Stać? Poza tym mówiłaś, że musisz iść. - bronił się.
- Tak mówiłam, bo niespodziewałam się, że... zresztą wiesz, o co mi chodzi! - powiedziałam i, jak na życzenie, zaczęło padać.
- Mogłaś to przewidzieć... - mruknął.
- Powiedz mi, jak ja miałam to przewidzieć?!? Próbowałeś mnie w ten sposób zatrzymać? Udało Ci się! - fuknęłam.
- Wiedziałem, że to poskutkuje! - roześmiał się.
- Chwila... TY TO ZAPLANOWAŁEŚ?!? - osłupiałam.
- Taaak? - zaśmiał się. Moja mina musiała być wtedy bezcenna...
- Jesteś kompletnym idiotą! - wrzasnęłam. - I za to tak Cię uwielbiam... - dodałam bardzo spokojnym głosem i stało się, co się stało...
(Michael?)
wtorek, 28 lipca 2015
Od Vanessy cd Michael'a
- Przesadzasz... Kto by za Jego tęsknił... - mruknęłam.
- Ja. - odparł pewnie Mikey.
- W takim razie Ty jako jedyny... - westchnęłam.
- To policz mnie razy... - zaczął.
- No, ile? Ile? - nie dałam Mu dokończyć.
- Może jakieś... 100? - stwierdził niepewnie, a bardziej zapytał.
- Myślałam, że więcej - zaśmiałam się.
- Aż tak wysoko mnie cenisz? - spytał z uśmieszkiem.
- Czy Ty mi czasem coś sugerujesz? - zapytałam.
- Ja? Nieeee, no skąd! W każdym razie tęskniłem bardzo... - przyznał.
- A wyobrażasz sobie, jak ja bym tęskniła za Tobą... - szepnęłam.
- Dlaczego miałabyś tęsknić? - spytał podchwytliwie.
- Nadal coś sugerujesz? - spytałam.
- Nie, ja tylko stwierdzam fakty. - wyszczerzył się.
- To powinieneś się domyślić, czemu. - spojrzałam w Jego twarz.
(Michael?)
- Ja. - odparł pewnie Mikey.
- W takim razie Ty jako jedyny... - westchnęłam.
- To policz mnie razy... - zaczął.
- No, ile? Ile? - nie dałam Mu dokończyć.
- Może jakieś... 100? - stwierdził niepewnie, a bardziej zapytał.
- Myślałam, że więcej - zaśmiałam się.
- Aż tak wysoko mnie cenisz? - spytał z uśmieszkiem.
- Czy Ty mi czasem coś sugerujesz? - zapytałam.
- Ja? Nieeee, no skąd! W każdym razie tęskniłem bardzo... - przyznał.
- A wyobrażasz sobie, jak ja bym tęskniła za Tobą... - szepnęłam.
- Dlaczego miałabyś tęsknić? - spytał podchwytliwie.
- Nadal coś sugerujesz? - spytałam.
- Nie, ja tylko stwierdzam fakty. - wyszczerzył się.
- To powinieneś się domyślić, czemu. - spojrzałam w Jego twarz.
(Michael?)
Od Vanessy cd Michael'a
Widok chłopaka w tym stanie przeraził mnie... Odetchnęłam głęboko i postanowiłam załatwić to stanowczo, a jak to nie podziała mam jeszcze jednego asa w rękawie, a mówiąc "rękaw" mam na myśli kieszonkę spodni.
- Michaelu Aniołku Ciamciaramcio Pucołowaty Chomiczku nawet nie próbuj tego robić! - pomimo moich zamiarów, głos mi się łamał.
- Niby czemu? - Jego głos również się łamał.
- Bo nie warto tego robić! Nie widzisz tego!?! - byłam wkurzona, przerażona i przy okazji zalewałam się łzami.
- Kiedy tak będzie lepiej... beze mnie... - spuścił głowę.
- CO TY W OGÓLE OPOWIADASZ?!?! Bez Ciebie ten świat będzie jeszcze smutniejszy! - próbowałam Go jakoś przekonać.
- Jest już wystarczająco smutny... - westchnął ponuro.
- Pamiętasz, jak mówiłam, że jesteś aniołem? Teraz widzę, że się nie myliłam ale proszę, nie wracaj jeszcze do nieba... - uspokoiłam się trochę, ale łzy nadal spływały mi po policzkach, a Michael dalej tam stoi... - Ludzie z bliznami na rękach to anioły zesłane na ziemię próbujące wrócić z powrotem do nieba. - próbowałam Mu to wytłumaczyć, ale nie bardzo rozumiał.
- Vani, nie rozumiesz, że to nie ma sensu? - wciąż miał spuszczony wzrok.
- Co takiego nie ma sensu?!? - nie rozumiałam.
- Moje życie, a co innego?!? Moje życie nie ma sensu... - na chwilę spojrzał na mnie, po czym znów spuścił głowę.
- Zrozum wreszcie, że... - zaczęłam, ale postanowiłam spróbować czegoś innego. - Nie, to nie podziała. Dobrze, nie dajesz mi wyboru! Jak nie tak, to inaczej. - wzruszyłam ramionami i sięgnęłam do kieszeni. Trzymałam w niej scyzoryk. "Rozłożyłam" go i odchyliłam głowę do tyłu. - Jak zaraz nie zejdziesz... - załkałam. - podetnę sobie gardło i zakończę swoje po*ieprzone życie! - zagroziłam.
- Nie zrobisz tego... Nie możesz... - spojrzał na mnie.
- Mogę i zrobię, jeśli nie zejdziesz. - zapewniałam Go.
- Nie, nie zrobisz... Nie masz po co tego robić... - zaprzeczał.
- Nie zakładałabym się... bo co mi zostanie, jak Ty się zabijesz? - spytałam przystawiając sobie nożyk do szyi.
(Michael? Proszę bardzo, rozrywka)
- Michaelu Aniołku Ciamciaramcio Pucołowaty Chomiczku nawet nie próbuj tego robić! - pomimo moich zamiarów, głos mi się łamał.
- Niby czemu? - Jego głos również się łamał.
- Bo nie warto tego robić! Nie widzisz tego!?! - byłam wkurzona, przerażona i przy okazji zalewałam się łzami.
- Kiedy tak będzie lepiej... beze mnie... - spuścił głowę.
- CO TY W OGÓLE OPOWIADASZ?!?! Bez Ciebie ten świat będzie jeszcze smutniejszy! - próbowałam Go jakoś przekonać.
- Jest już wystarczająco smutny... - westchnął ponuro.
- Pamiętasz, jak mówiłam, że jesteś aniołem? Teraz widzę, że się nie myliłam ale proszę, nie wracaj jeszcze do nieba... - uspokoiłam się trochę, ale łzy nadal spływały mi po policzkach, a Michael dalej tam stoi... - Ludzie z bliznami na rękach to anioły zesłane na ziemię próbujące wrócić z powrotem do nieba. - próbowałam Mu to wytłumaczyć, ale nie bardzo rozumiał.
- Vani, nie rozumiesz, że to nie ma sensu? - wciąż miał spuszczony wzrok.
- Co takiego nie ma sensu?!? - nie rozumiałam.
- Moje życie, a co innego?!? Moje życie nie ma sensu... - na chwilę spojrzał na mnie, po czym znów spuścił głowę.
- Zrozum wreszcie, że... - zaczęłam, ale postanowiłam spróbować czegoś innego. - Nie, to nie podziała. Dobrze, nie dajesz mi wyboru! Jak nie tak, to inaczej. - wzruszyłam ramionami i sięgnęłam do kieszeni. Trzymałam w niej scyzoryk. "Rozłożyłam" go i odchyliłam głowę do tyłu. - Jak zaraz nie zejdziesz... - załkałam. - podetnę sobie gardło i zakończę swoje po*ieprzone życie! - zagroziłam.
- Nie zrobisz tego... Nie możesz... - spojrzał na mnie.
- Mogę i zrobię, jeśli nie zejdziesz. - zapewniałam Go.
- Nie, nie zrobisz... Nie masz po co tego robić... - zaprzeczał.
- Nie zakładałabym się... bo co mi zostanie, jak Ty się zabijesz? - spytałam przystawiając sobie nożyk do szyi.
(Michael? Proszę bardzo, rozrywka)
poniedziałek, 27 lipca 2015
Od Vanessy cd Michael'a
Dochodziłam przez chwilę po dotyku chłopaka, ale zaraz uśmiechnęłam się pod nosem na stwierdzenie chłopaka, chociaż do księżniczki było mi daleko... Poza tym jestem zupełnie innym typem dziewczyny, raczej należę do szarych myszek... Weszłam do budynku i skierowałam się do salonu.
- Dzień dobry, Państwu! - przywitałam się ze standardowym uśmiechem. - Bardzo przepraszam za moją wczorajszą nieobecność, ale w sierocińcu pojawiły się... pewne komplikacje. Dlatego upiekłam dzisiaj muffiny tak, jak pan prosił, Panie Lionelu. - zwróciłam się do starszego mężczyzny siedzącego przed telewizorem. - Idę się tylko przebrać i jestem do Państwa dyspozycji. - zakomunikowałam i poszłam po swój strój wolontariuszki. Zabrałam go z wieszaka i weszłam do przebieralni. Odłożyłam swoje normalne ciuchy, z wyjątkiem swetra. Sweter zawsze musi być! Miałam go pod strojem "roboczym" i tak oto nikt nic nie zauważy. Położyłam na stoliku siatkę z babeczkami i ruszyłam sprawdzić co tam u mojego ulubionego grona. Podeszłam do stoliczka, przy którym siedziała grupka emerytów grających w karty.
- Jak tam, Pani Susan? - spytałam i stanęłam za krzesłem, na którym siedziała uśmiechając się.
- Witaj, Vanesso! Witaj! Wyobrażasz sobie, kochana, że te stare dranie znowu próbują kantować?! - skarżyła się wskazując dwóch mężczyzn.
- Panowie! Roger! Blase! Ładnie to tak, kantować? - spytałam łagodnie, wykazując teatralne oburzenie.
- My? Ależ, Van, naprawdę Jej wierzysz!?! Znowu przegrywa i od razu sięga po swoją sprawdzoną metodę! - zaprzeczał Roger.
- Nie słuchaj ich! Na stare lata potrzebują trochę uwagi i tyle! - wtrąciła się Helen.
- Ona ma racje! Zachowują się tak tylko po to, byś tu z nimi posiedziała! - dodał Martin.
- A pan, Panie Albercie? Co pan ma do powiedzenia na ten temat? - zwróciłam się do milczącego staruszka.
- Ja powiem tylko tyle, że... - rozpoczął spokojnie. - ...WYGRYWAM! - pokazał reszcie swoje karty i zaczął tańcować na krześle. Rozbawił mnie ten widok i nie dałam rady powstrzymać się od śmiechu.
- A toż cwany lis! Wiedziałam, że ktoś tu kombinuje! - mruknęła Susan.
- Tym razem przyznam Ci racje, moja droga! - zgodziła się Helen.
- Nie skarżcie się już tak na życie tej biednej dziewczynie! Ma tu jeszcze sporo roboty! - po raz pierwszy odezwał się Blaze.
- Czyli to wszystko? - spytałam niepewnie.
- Tak, tak! Możesz zająć się spokojnie innymi! - uśmiechnął się Roger. - A my zaopiekujemy się tymi muffinami! - dodał i szybko wstał od stołu i poszedł po babeczki, a reszta za Nim.
- Smacznego! - krzyknęłam za nimi. Bardzo lubiłam to towarzystwo, wiecznie mają o czym rozmawiać i mimo kłótni oraz sporów cały czas się przyjaźnią. Podeszłam do dwóch siedzących panów i stanęłam za plecami jednego z nich. Okazało się, że grają w szachy. Pokazałam temu drugiemu, gdzie powinien się ruszyć. Posłuchał mnie, a Jego kolega aż wstał ze zdumienia, po chwili odwrócił się. Udawałam, że nic nie wiem, a tymczasem Jego przyjaciel cicho się śmiał. Zajrzałam do wszystkich po kolei i zabrałam się do sprzątania do babeczkożercach. Niespodziewanie podszedł do mnie mały chłopczyk... Nie mam pojęcia, ile mógł mieć lat, ale obstawiałabym koło 8-11.
- Coś się stało? - spytałam przyjaźnie, kucając lekko.
- Jesteś aniołem? - zapytał, całkiem poważnie to brzmiało.
- Co? Słucham? - pytałam zdezorientowana sytuacją.
- Mama mówiła, że Ci, którzy mają skaleczone nadgarstki to anioły. - wyjaśnił.
- Nie jestem aniołem... Przyszedłeś do dziadka albo babci? - chciałam zmienić temat, ale chłopiec swoje...
- Ależ jesteś! Mama mówiła, że tylko anioły się okaleczają, bo nie lubią życia na Ziemi. Ten świat ich niszczy, więc próbują znów wrócić do nieba. Są zbyt wrażliwi na ból inny i ten własny. - wyjaśnił mi.
- Wiesz, Twoja mama jest bardzo mądra. - uśmiechnęłam się.
- Dziękuję, Ona też jest aniołem, ale wróciła już do domu... - również się uśmiechnął. Byłam zszokowana Jego słowami. Nim doszłam do siebie podeszła do nas jedna z emerytek, Grace.
- Toby! Chodź do mnie! Pani wolontariuszka ma mnóstwo roboty. - ujęła chłopca za rączkę i zaprowadziła Go do swoich znajomych. Usłyszałam jeszcze, jak chłopczyk mówi:
- Babciu, ta pani jest aniołem!
- Taaak, masz racje! To wspaniałe, że nam tak pomaga! - zachwycała się staruszka.
- Nie o to mi chodziło... - westchnął malec.
***
Siedziałam tam do godziny 15:00, a następnie zabrałam swoje rzeczy i przebrałam się. Nadal w głowie nie mieściły mi się słowa tamtego chłopca, a pierwsza myśl jaka przyszła mi go głowy, po usłyszeniu tego to: "Michaelu Aniołku Ciamciaramcio Pucołowaty Chomiczku, nie wracaj jeszcze do nieba...". Wychodząc zobaczyłam znowu tego chłopca, cały czas na mnie patrzył, a zwłaszcza na... moje nadgarstki... Wyciągnęłam z kieszeni telefon i wybrałam numer Chomiczka.
- Tak? - odezwał się Ciamciaramcia.
- Witam, czy dodzwoniłam się do Taxi Anioła? Otóż, Proszę Pana, chciałabym zamówić taksówkę pod dom starców. - przez cały czas zachowywałam pełną powagę.
- Robi się! Przyjedziemy, jak najszybciej! - oznajmił i się rozłączył. Nie mogłam już wytrzymać i wybuchnęłam śmiechem.
(Michael? Jak nazwiesz mnie tak jeszcze raz, pożałujesz! XD)
- Dzień dobry, Państwu! - przywitałam się ze standardowym uśmiechem. - Bardzo przepraszam za moją wczorajszą nieobecność, ale w sierocińcu pojawiły się... pewne komplikacje. Dlatego upiekłam dzisiaj muffiny tak, jak pan prosił, Panie Lionelu. - zwróciłam się do starszego mężczyzny siedzącego przed telewizorem. - Idę się tylko przebrać i jestem do Państwa dyspozycji. - zakomunikowałam i poszłam po swój strój wolontariuszki. Zabrałam go z wieszaka i weszłam do przebieralni. Odłożyłam swoje normalne ciuchy, z wyjątkiem swetra. Sweter zawsze musi być! Miałam go pod strojem "roboczym" i tak oto nikt nic nie zauważy. Położyłam na stoliku siatkę z babeczkami i ruszyłam sprawdzić co tam u mojego ulubionego grona. Podeszłam do stoliczka, przy którym siedziała grupka emerytów grających w karty.
- Jak tam, Pani Susan? - spytałam i stanęłam za krzesłem, na którym siedziała uśmiechając się.
- Witaj, Vanesso! Witaj! Wyobrażasz sobie, kochana, że te stare dranie znowu próbują kantować?! - skarżyła się wskazując dwóch mężczyzn.
- Panowie! Roger! Blase! Ładnie to tak, kantować? - spytałam łagodnie, wykazując teatralne oburzenie.
- My? Ależ, Van, naprawdę Jej wierzysz!?! Znowu przegrywa i od razu sięga po swoją sprawdzoną metodę! - zaprzeczał Roger.
- Nie słuchaj ich! Na stare lata potrzebują trochę uwagi i tyle! - wtrąciła się Helen.
- Ona ma racje! Zachowują się tak tylko po to, byś tu z nimi posiedziała! - dodał Martin.
- A pan, Panie Albercie? Co pan ma do powiedzenia na ten temat? - zwróciłam się do milczącego staruszka.
- Ja powiem tylko tyle, że... - rozpoczął spokojnie. - ...WYGRYWAM! - pokazał reszcie swoje karty i zaczął tańcować na krześle. Rozbawił mnie ten widok i nie dałam rady powstrzymać się od śmiechu.
- A toż cwany lis! Wiedziałam, że ktoś tu kombinuje! - mruknęła Susan.
- Tym razem przyznam Ci racje, moja droga! - zgodziła się Helen.
- Nie skarżcie się już tak na życie tej biednej dziewczynie! Ma tu jeszcze sporo roboty! - po raz pierwszy odezwał się Blaze.
- Czyli to wszystko? - spytałam niepewnie.
- Tak, tak! Możesz zająć się spokojnie innymi! - uśmiechnął się Roger. - A my zaopiekujemy się tymi muffinami! - dodał i szybko wstał od stołu i poszedł po babeczki, a reszta za Nim.
- Smacznego! - krzyknęłam za nimi. Bardzo lubiłam to towarzystwo, wiecznie mają o czym rozmawiać i mimo kłótni oraz sporów cały czas się przyjaźnią. Podeszłam do dwóch siedzących panów i stanęłam za plecami jednego z nich. Okazało się, że grają w szachy. Pokazałam temu drugiemu, gdzie powinien się ruszyć. Posłuchał mnie, a Jego kolega aż wstał ze zdumienia, po chwili odwrócił się. Udawałam, że nic nie wiem, a tymczasem Jego przyjaciel cicho się śmiał. Zajrzałam do wszystkich po kolei i zabrałam się do sprzątania do babeczkożercach. Niespodziewanie podszedł do mnie mały chłopczyk... Nie mam pojęcia, ile mógł mieć lat, ale obstawiałabym koło 8-11.
- Coś się stało? - spytałam przyjaźnie, kucając lekko.
- Jesteś aniołem? - zapytał, całkiem poważnie to brzmiało.
- Co? Słucham? - pytałam zdezorientowana sytuacją.
- Mama mówiła, że Ci, którzy mają skaleczone nadgarstki to anioły. - wyjaśnił.
- Nie jestem aniołem... Przyszedłeś do dziadka albo babci? - chciałam zmienić temat, ale chłopiec swoje...
- Ależ jesteś! Mama mówiła, że tylko anioły się okaleczają, bo nie lubią życia na Ziemi. Ten świat ich niszczy, więc próbują znów wrócić do nieba. Są zbyt wrażliwi na ból inny i ten własny. - wyjaśnił mi.
- Wiesz, Twoja mama jest bardzo mądra. - uśmiechnęłam się.
- Dziękuję, Ona też jest aniołem, ale wróciła już do domu... - również się uśmiechnął. Byłam zszokowana Jego słowami. Nim doszłam do siebie podeszła do nas jedna z emerytek, Grace.
- Toby! Chodź do mnie! Pani wolontariuszka ma mnóstwo roboty. - ujęła chłopca za rączkę i zaprowadziła Go do swoich znajomych. Usłyszałam jeszcze, jak chłopczyk mówi:
- Babciu, ta pani jest aniołem!
- Taaak, masz racje! To wspaniałe, że nam tak pomaga! - zachwycała się staruszka.
- Nie o to mi chodziło... - westchnął malec.
***
Siedziałam tam do godziny 15:00, a następnie zabrałam swoje rzeczy i przebrałam się. Nadal w głowie nie mieściły mi się słowa tamtego chłopca, a pierwsza myśl jaka przyszła mi go głowy, po usłyszeniu tego to: "Michaelu Aniołku Ciamciaramcio Pucołowaty Chomiczku, nie wracaj jeszcze do nieba...". Wychodząc zobaczyłam znowu tego chłopca, cały czas na mnie patrzył, a zwłaszcza na... moje nadgarstki... Wyciągnęłam z kieszeni telefon i wybrałam numer Chomiczka.
- Tak? - odezwał się Ciamciaramcia.
- Witam, czy dodzwoniłam się do Taxi Anioła? Otóż, Proszę Pana, chciałabym zamówić taksówkę pod dom starców. - przez cały czas zachowywałam pełną powagę.
- Robi się! Przyjedziemy, jak najszybciej! - oznajmił i się rozłączył. Nie mogłam już wytrzymać i wybuchnęłam śmiechem.
(Michael? Jak nazwiesz mnie tak jeszcze raz, pożałujesz! XD)
niedziela, 26 lipca 2015
Od Vanessy cd Michael'a
Do domu wróciłam stosunkowo późno. Weszłam do środka i zajrzałam do kuchni. Lottie nie było. Przeszłam do salonu i zobaczyłam moją ciotkę śpiącą spokojnie na kanapie. "No, taaak. To zawsze kończy się w ten sposób"- pomyślałam z uśmiechem na twarzy. Wyciągnęłam z szafy koc i okryłam Charlotte. Nakarmiłam i napoiłam kota, po czym zabrałam się za sprzątanie domu. Zajęło mi to jakąś godzinę, po której poszłam do siebie i wyszykowałam się do snu, ale nie miałam jeszcze zamiaru spać. Właściwie nie wiedziałam, co ze sobą zrobić... Usiadłam przy biurku i otworzyłam szkicownik. Wzięłam do ręki ołówek leżący obok i zaczęłam coś bazgrać. Nie patrzyłam nawet na kartkę. To było... niczym trans. Ja myślałam, a ręka to rysowała. Łzy spływały mi po policzkach. Oderwałam na chwilę wzrok od okna i odwróciłam się w stronę łóżka. Na mojej szafce dalej leżał biały wianuszek. Chcąc, nie chcąc uśmiechnęłam się lekko na jego widok. Po chwili jednak szybko odwróciłam się z powrotem.
- Vanessa, o czym Ty myślisz?!? - szepnęłam sama do siebie. - To idiotyczne! - westchnęłam z wyrzutem w głosie. Zabrałam się za kończenie rysunku, ale nie byłam w stanie zapomnieć o wszystkim... Do głowy wówczas przyszedł mi pewien pomysł... Tylko w taki sposób mogłam pozbyć się tych myśli, chociaż na chwilę. Zostawiłam wszystko na biurku i poszłam do swojej łazienki. Otworzyłam szufladę i wyciągnęłam swoje lekarstwo. Oparłam się o kaloryfer i nadstawiłam rękę nad umywalką, w drugiej trzymałam moje lekarstwo. Przyłożyłam żyletkę do skóry i lekko przycisnęłam. Zamknęłam oczy. Już nie czułam bólu z tym związanego, przestałam Go czuć. Zbyt wiele razy to robiłam, więc żadna rewelacja. Powtórzyłam to jeszcze kilka razy. Przestałam dopiero po usłyszeniu swojego telefonu. Opłukałam i zdezynfekowałam rany, a następnie wróciłam do pokoju. Usiadłam na łóżku, gdzie leżała komórka i przeczytałam SMS'a. Również nie mogłam powstrzymać się od uśmiechu, od razu odpisałam: "Dobranoc, kololowych snów ". Wróciłam do swojego rysunku, zostały mi ostatnie detale. Po jakiś 10 minutach skończyłam i położyłam się do łóżka, a moje "dzieło" leżało na biurku:
***
Otworzyłam oczy i zerknęłam na zegarek.
- 06:15... - westchnęłam i szybko wstałam. Podeszłam do biurka i schowałam szkicownik, aby Lottie na pewno go nie znalazła. Poszłam do łazienki, a po chwili już schodziłam po schodach na parter. Ciotka nadal spała, a ja postanowiłam spróbować jakoś wynagrodzić emerytom moją nieobecność z poprzedniego dnia. Niewielu młodych ludzi chce pomagać osobom starszym, dlatego mnie potrzebują. Weszłam do kuchni i zabrałam się do roboty. Upiekłam im dwie duże blachy muffinów z kawałkami czekolady. Nim jednak wyszłam z domu, stwierdziłam, że warto by było coś przekąsić i zostawić trochę dla Charlotte. Usmażyłam i zjadłam naleśniki, nim ciotka się obudziła i tak po prostu wyszłam z domu. Była to może godzina... 09:00? 10:00? Coś koło tego... Przed odwiedzeniem pań i panów starszych wstąpiłam do parku. Jak zwykle w miejscu publicznym, zaciągnęłam mocno rękawy swetra. Usiadłam na tej ławce, co zwykle. Przypomniała mi się historia wianka, który dalej spoczywał na mojej głowie... Ehhh...
- O czym ja w ogóle myślę! - wkurzyłam się na samą siebie. Nie mogłam dłużej siedzieć w tym miejscu... Torbę zostawiłam, a sama wstałam i podeszłam do fontanny. Pochyliłam się i spojrzałam w lustro wody... Co tam widzę? Drobniutką, mało atrakcyjną dziewczynę z wieloma ranami na nadgarstkach, która nie potrafi nic ze sobą zrobić... Przejechałam ręką po tafli wody i wlazłam na brzeg fontanny. Zawsze lubiłam tak chodzić wokół fontanny, a już najbardziej po jej brzegu! Chodziłam tak, nie zwracając uwagi na otaczający mnie świat. Nagle ktoś popchnął mnie do fontanny, ale na szczęście (dla Niego) zaraz mnie złapał.
- Ku*wa! - wrzasnęłam kiedy postawił mnie na ziemi. Tym "kimś' okazał si nie kto inny, jak Michael, który stał teraz na wprost mnie śmiejąc się z mojej reakcji - To nie jest śmieszne! Wystraszyłeś mnie! - krzyknęłam ciężko dysząc ze strachu, ale po chwili sama zaczęłam się śmiać. - No, dobrze... Może trochę. - poprawiłam się.
(Mikey?)
- Vanessa, o czym Ty myślisz?!? - szepnęłam sama do siebie. - To idiotyczne! - westchnęłam z wyrzutem w głosie. Zabrałam się za kończenie rysunku, ale nie byłam w stanie zapomnieć o wszystkim... Do głowy wówczas przyszedł mi pewien pomysł... Tylko w taki sposób mogłam pozbyć się tych myśli, chociaż na chwilę. Zostawiłam wszystko na biurku i poszłam do swojej łazienki. Otworzyłam szufladę i wyciągnęłam swoje lekarstwo. Oparłam się o kaloryfer i nadstawiłam rękę nad umywalką, w drugiej trzymałam moje lekarstwo. Przyłożyłam żyletkę do skóry i lekko przycisnęłam. Zamknęłam oczy. Już nie czułam bólu z tym związanego, przestałam Go czuć. Zbyt wiele razy to robiłam, więc żadna rewelacja. Powtórzyłam to jeszcze kilka razy. Przestałam dopiero po usłyszeniu swojego telefonu. Opłukałam i zdezynfekowałam rany, a następnie wróciłam do pokoju. Usiadłam na łóżku, gdzie leżała komórka i przeczytałam SMS'a. Również nie mogłam powstrzymać się od uśmiechu, od razu odpisałam: "Dobranoc, kololowych snów ". Wróciłam do swojego rysunku, zostały mi ostatnie detale. Po jakiś 10 minutach skończyłam i położyłam się do łóżka, a moje "dzieło" leżało na biurku:
***
Otworzyłam oczy i zerknęłam na zegarek.
- 06:15... - westchnęłam i szybko wstałam. Podeszłam do biurka i schowałam szkicownik, aby Lottie na pewno go nie znalazła. Poszłam do łazienki, a po chwili już schodziłam po schodach na parter. Ciotka nadal spała, a ja postanowiłam spróbować jakoś wynagrodzić emerytom moją nieobecność z poprzedniego dnia. Niewielu młodych ludzi chce pomagać osobom starszym, dlatego mnie potrzebują. Weszłam do kuchni i zabrałam się do roboty. Upiekłam im dwie duże blachy muffinów z kawałkami czekolady. Nim jednak wyszłam z domu, stwierdziłam, że warto by było coś przekąsić i zostawić trochę dla Charlotte. Usmażyłam i zjadłam naleśniki, nim ciotka się obudziła i tak po prostu wyszłam z domu. Była to może godzina... 09:00? 10:00? Coś koło tego... Przed odwiedzeniem pań i panów starszych wstąpiłam do parku. Jak zwykle w miejscu publicznym, zaciągnęłam mocno rękawy swetra. Usiadłam na tej ławce, co zwykle. Przypomniała mi się historia wianka, który dalej spoczywał na mojej głowie... Ehhh...
- O czym ja w ogóle myślę! - wkurzyłam się na samą siebie. Nie mogłam dłużej siedzieć w tym miejscu... Torbę zostawiłam, a sama wstałam i podeszłam do fontanny. Pochyliłam się i spojrzałam w lustro wody... Co tam widzę? Drobniutką, mało atrakcyjną dziewczynę z wieloma ranami na nadgarstkach, która nie potrafi nic ze sobą zrobić... Przejechałam ręką po tafli wody i wlazłam na brzeg fontanny. Zawsze lubiłam tak chodzić wokół fontanny, a już najbardziej po jej brzegu! Chodziłam tak, nie zwracając uwagi na otaczający mnie świat. Nagle ktoś popchnął mnie do fontanny, ale na szczęście (dla Niego) zaraz mnie złapał.
- Ku*wa! - wrzasnęłam kiedy postawił mnie na ziemi. Tym "kimś' okazał si nie kto inny, jak Michael, który stał teraz na wprost mnie śmiejąc się z mojej reakcji - To nie jest śmieszne! Wystraszyłeś mnie! - krzyknęłam ciężko dysząc ze strachu, ale po chwili sama zaczęłam się śmiać. - No, dobrze... Może trochę. - poprawiłam się.
(Mikey?)
sobota, 25 lipca 2015
Od Vanessy cd Michael'a
Od razu spojrzałam, co chłopak nabazgrał w moim szkicowniku. Po przeczytaniu nie mogłam powstrzymać się od uśmiechu. Jedynie nie bardzo zgadzałam się z określeniem "ciamciaramcia", jeśli było to napisane w TYM akurat znaczeniu, a przypuszczam, że było. Wyciągnęłam z torby komórkę i zapisałam numer chłopaka. Mikey wydawał mi się... inny, ale w BARDZO pozytywnym sensie. Jaki chłopak robi takie śliczne wianki? Może dla innych to dziwne i "pedalskie", ale ja myślę, że to mega słodkie i urocze! Do głowy wówczas przyszedł mi pomysł. Narysowane wcześniej oczy postanowiłam trochę przerobić... Naszkicowałam jeszcze resztę twarzy i wyszedł mi niezły portret, tylko... czegoś mu brakowało! Na głowie po chwili pojawił się wianuszek, a oczy zrobiłam dwukolorowe. Muszę przyznać, nawet nieco przypominał oryginał... a ten wianek to już w ogóle! Uśmiechnęłam się pod nosem, dzieło nie było wcale takie najgorsze... Zerknęłam na telefon, by sprawdzić godzinę. Miałam jeszcze jakieś 15 minut na dojście do schroniska, więc zebrałam się i wolniutko ruszyłam w swoją stronę. Po drodze mijałam wielu ludzie, wydawali się być tacy... szczęśliwi... To mnie trochę przygnębiło, dlaczego nie potrafię być szczęśliwa, jak oni? Stanęłam, jak wryta. Nagle wszystko mi się przypomniało... Łzy napłynęły mi do oczu... Wszystko wróciło... Ból... Strach... Cierpienie... Wszystko... Po chwili otrząsnęłam się i ostrożnie założyłam na głowę kaptura, uważając na śliczny biały wianuszek. Nie miałam zamiaru dalej stać i myśleć o okropnej przeszłości, więc przyśpieszyłam krok. Na miejsce przyszłam przed czasem, więc poczekałam 5 minut przed wejściem, po czym weszłam. Minęłam kojce, w których mieszkały psy i pokierowałam się do biura. Weszłam do budynku, minęłam pokój dla kotów i weszłam do sąsiedniego pokoju. W środku nikogo nie było, więc zostawiłam tam swoją torbę i wyszłam na zewnątrz. Cały czas szukałam wzrokiem Niny, która zajmuje się tą placówką. Wreszcie znalazłam ją w jednym z kojców.
- Hej! Co jest do roboty? - spytałam z moim wytrenowanym uśmiechem.
- Hej! Jakbyś mogła zajrzeć do kotów, ok? To jedyne, co zostało do zrobienia. - odparła dziewczyna.
- W porządku, zajmę się tym. - powiedziałam zdumiona sytuacją i wróciłam z powrotem do budynku. Weszłam do pomieszczenia ze zwierzętami, a następnie wyciągnęłam je z klatek. Większość wyglądała na smutne i przygnębione, w sumie nawet im się nie dziwię - całymi dniami zamknięte w jakimś więzieniu i tylko przez dwie godziny mogą poczuć ulgę i rozprostować łapy.
***
Posiedziałam ze zwierzakami przez jakieś 45 minut aż zostałam zmieniona. Zabrałam swoje rzeczy i opuściłam schronisko. Musiałam jeszcze zajrzeć do sierocińca (domu dziecka, jak kto woli) i domu emerytów (starców). Nie byłam pewna, czy się wyrobię... Postanowiłam jednak, że zajrzę tu i tu, choćby nie wiem co. Najpierw skierowałam się do domu dziecka, emeryci nie kładą się spać tak wcześnie, jak dzieci... Zaciągnęłam rękawy swojej bluzy jeszcze bardziej, by dzieci na pewno niczego nie zauważyły. Zwłaszcza, że na moich rękach pojawiło się kilka nowych nabytków, koty nic nikomu przecież nie powiedzą... Powoli dochodziłam do miejsca docelowego. Przed przekroczeniem drzwi upewniłam się, że nikt nic nie zauważy. Weszłam do środka nie zdejmując kaptura swojej bluzy. Rozejrzałam się po pomieszczeniu, szukając wzrokiem Mary. Nim zdążyłam się zorientować, kobieta sama do mnie podbiegła.
- Witaj, moja droga! - powiedziała z wielkim uśmiechem na twarzy.
- Dzień dobry. - rzuciłam bez najmniejszych emocji.
- Dzisiaj masz kogoś do pomocy! - oświadczyła Mary. - Tylko... gdzieś się zapodział. - zaśmiała się.
- A mogłabym poznać tego ktosia? - spytałam zdezorientowana.
- Jasne, jasne! Zaraz Ci Go przyprowadzę! - oświadczyła i popędziła nie wiadomo gdzie. Poprawiłam swoje rękawy i mocno je trzymałam. Usłyszałam za plecami czyjeś kroki, odwróciłam się i zobaczyłam Mary z... Michael'em! Szczęka opadła mi do podłogi i z powrotem.
- Van, to jest Michael! Michael, to jest Vanessa! Dzisiaj Wy pilnujecie dzieciaków, bo ja mam plany. Też potrzebuję trochę czasu na życie prywatne! - rzuciła i od tak wyszła z budynku. Stałam jak wryta w ziemię... Jego się tu nie spodziewałam, ale... nawet fajnie, że tu jest... Stałam tak w kapturze, a ręce schowałam za plecami.
(Michael? Nie drzyj się tak, bo sąsiedzi się skarżą! XD)
- Hej! Co jest do roboty? - spytałam z moim wytrenowanym uśmiechem.
- Hej! Jakbyś mogła zajrzeć do kotów, ok? To jedyne, co zostało do zrobienia. - odparła dziewczyna.
- W porządku, zajmę się tym. - powiedziałam zdumiona sytuacją i wróciłam z powrotem do budynku. Weszłam do pomieszczenia ze zwierzętami, a następnie wyciągnęłam je z klatek. Większość wyglądała na smutne i przygnębione, w sumie nawet im się nie dziwię - całymi dniami zamknięte w jakimś więzieniu i tylko przez dwie godziny mogą poczuć ulgę i rozprostować łapy.
***
Posiedziałam ze zwierzakami przez jakieś 45 minut aż zostałam zmieniona. Zabrałam swoje rzeczy i opuściłam schronisko. Musiałam jeszcze zajrzeć do sierocińca (domu dziecka, jak kto woli) i domu emerytów (starców). Nie byłam pewna, czy się wyrobię... Postanowiłam jednak, że zajrzę tu i tu, choćby nie wiem co. Najpierw skierowałam się do domu dziecka, emeryci nie kładą się spać tak wcześnie, jak dzieci... Zaciągnęłam rękawy swojej bluzy jeszcze bardziej, by dzieci na pewno niczego nie zauważyły. Zwłaszcza, że na moich rękach pojawiło się kilka nowych nabytków, koty nic nikomu przecież nie powiedzą... Powoli dochodziłam do miejsca docelowego. Przed przekroczeniem drzwi upewniłam się, że nikt nic nie zauważy. Weszłam do środka nie zdejmując kaptura swojej bluzy. Rozejrzałam się po pomieszczeniu, szukając wzrokiem Mary. Nim zdążyłam się zorientować, kobieta sama do mnie podbiegła.
- Witaj, moja droga! - powiedziała z wielkim uśmiechem na twarzy.
- Dzień dobry. - rzuciłam bez najmniejszych emocji.
- Dzisiaj masz kogoś do pomocy! - oświadczyła Mary. - Tylko... gdzieś się zapodział. - zaśmiała się.
- A mogłabym poznać tego ktosia? - spytałam zdezorientowana.
- Jasne, jasne! Zaraz Ci Go przyprowadzę! - oświadczyła i popędziła nie wiadomo gdzie. Poprawiłam swoje rękawy i mocno je trzymałam. Usłyszałam za plecami czyjeś kroki, odwróciłam się i zobaczyłam Mary z... Michael'em! Szczęka opadła mi do podłogi i z powrotem.
- Van, to jest Michael! Michael, to jest Vanessa! Dzisiaj Wy pilnujecie dzieciaków, bo ja mam plany. Też potrzebuję trochę czasu na życie prywatne! - rzuciła i od tak wyszła z budynku. Stałam jak wryta w ziemię... Jego się tu nie spodziewałam, ale... nawet fajnie, że tu jest... Stałam tak w kapturze, a ręce schowałam za plecami.
(Michael? Nie drzyj się tak, bo sąsiedzi się skarżą! XD)
piątek, 24 lipca 2015
Od Vanessy cd Michael'a
- Czy Ty czasem nie upewniasz się, że będę żyć? - zauważyłam.
- Może... ale obiecaj! - powtórzył.
- Obiecuję... - uśmiechnęłam się i wyszłam z kwiaciarni. Przyznaję, zainteresował mnie ten chłopak, ale głównie Jego sytuacja i osoba, a nie w tym sensie! Ehhh, zresztą kogo ja próbuję oszukać... Zainteresował mnie pod większością względów. Ruszyłam do domu, myśląc po drodze o zaistniałej sytuacji. Dzięki temu czas zleciał mi znacznie szybciej i już "po chwili" byłam pod drzwiami. Bezszelestnie weszłam do środka, wpuszczając przy okazji kota z dworu. Na palcach poszłam do kuchni i odkryłam, że śniadanie dla ciotki zniknęło. Uśmiechnęłam się pod nosem. Zagrzebałam w szafce za wazonem, po czym napełniłam go wodą. Zanim pojawią się w nim kwiaty, muszę wręczyć je Lottie. Zakradłam się do salonu, ciotka siedziała na kanapie, tyłem do mnie. Zasłoniłam Jej oczy i dałam do ręki kwiaty, a po chwili odsłoniłam.
- Są piękne! - zachwycała się ciotka. - Ty je wybierałaś? - spytała nadal zachwycona kwiatami.
- Nieee, ja nigdy nie umiałam nic dobrać. - zaśmiałam się sztucznie, ale ciotka i tak da się nabrać na taki śmiech. - Wstawię je od wody. - zaproponowałam.
- Świetny pomysł. - oznajmiła ciocia. Wzięłam bukiet i poszłam do kuchni, gdzie czekał przygotowany wcześniej przeze mnie wazon. Wstawiłam kwiaty i zajrzałam do lodówki. Lottie jeszcze nie odkryła ciasta, wróciłam więc do salonu i usiadłam naprzeciwko ciotki. - To kto dobierał kwiaty? - dopytywała się.
- Emmm... Noooo... - nie wiedziałam co Jej powiedzieć. Nie chciałam, by dowiedziała się o zaistniałej sytuacji, Ona tego nie zrozumie... - Pracownik kwiaciarni. - odparła pewnie.
- Aha... - ciocia przyglądała mi się podejrzliwie.
- To może ja podam ciasto! - zmieniłam temat i pobiegłam po sernik. Ukroiłam kawałek dla Charlotte i zaniosłam Jej. Ciotka spokojnie jadła, gdy rozległ się dzwonek do drzwi. Spojrzałam zdziwiona na Lottie, a Ona na zegarek.
- Ahhh! To moje koleżanki, zaprosiłam je na kawę! - olśniło ciocię.
- Ale nie o 12! - zauważyłam. - Pójdę otworzyć. - stwierdziłam i poszłam otworzyć. Za drzwiami stał kurier z przesyłką. Podpisałam, co mi kazał i odebrałam paczkę. Wtedy to przypomniałam sobie o filiżankach, które Lottie strasznie się podobały i kupiłam je razem z Jej koleżanką. Zaniosłam Jej prezent.
- Matko, Vessa! Przecież nie mam urodzin! - udawała złość.
- No, tak, ale nie mogłam dłużej słuchać Twojego marudzenia o tych filiżankach! - oznajmiłam i otworzyłam paczkę.
- Zobaczysz, jak Amberly się dowie, od razu przyzna mi rację! - stwierdziła.
- Tak się składa, że pani Amber pomogła mi to zaplanować! - oświadczyłam.
- Czyli spisek! Nie daruje Wam! Zemszczę się na Niej dzisiaj, o czwartej. - obiecała Lottie.
- W porządku. Ja się ulotnie na ten czas, nie będę Wam przeszkadzać. - wymusiłam uśmiech.
- Nie musisz! - protestowała ciotka.
- Bujać to my, ale nie nas! Ulatniam się o trzeciej. - zapowiedziałam i poszłam po swój kawałek sernika.
***
Przed trzecią zaczęłam zbierać się do wyjścia. Zeszłam na dół po schodach.
- A mogę wiedzieć, dokąd idziesz? - spytała zaciekawiona Lottie.
- Do parku, ewentualnie schroniska, sierocińca albo domu starców. Zobaczę. - odparłam.
- Zarobiona jesteś! - zaśmiała się ciocia.
- Idę, baw się dobrze z koleżankami! - zabrałam jeszcze torbę i wyszłam. Moja zmiana w schronisku zaczynała się za jakieś 45 minut, wiec miałam sporo czasu. Poszłam do parku i usiadłam na ławce niedaleko fontanny. Wokół cisza i spokój, słychać tylko szum wody i wiatru oraz śpiew ptaków... Wyciągnęłam z torby szkicownik i ołówek. Zaczęłam szkicować to, co zwykle - oczy... Wiele osób miało mnie przez to za dziwną, ale bardzo często rysowałam smutne oczy. Nagle ktoś usiadł obok mnie, od razu Go rozpoznałam.
- Co rysujesz? - spytał Michael.
- Ciebie też dobrze widzieć. - powiedziałam zachowując pełną powagę.
(Michael? Trzeba poszukać weny i ją złapać, zanim ucieknie :-) )
- Może... ale obiecaj! - powtórzył.
- Obiecuję... - uśmiechnęłam się i wyszłam z kwiaciarni. Przyznaję, zainteresował mnie ten chłopak, ale głównie Jego sytuacja i osoba, a nie w tym sensie! Ehhh, zresztą kogo ja próbuję oszukać... Zainteresował mnie pod większością względów. Ruszyłam do domu, myśląc po drodze o zaistniałej sytuacji. Dzięki temu czas zleciał mi znacznie szybciej i już "po chwili" byłam pod drzwiami. Bezszelestnie weszłam do środka, wpuszczając przy okazji kota z dworu. Na palcach poszłam do kuchni i odkryłam, że śniadanie dla ciotki zniknęło. Uśmiechnęłam się pod nosem. Zagrzebałam w szafce za wazonem, po czym napełniłam go wodą. Zanim pojawią się w nim kwiaty, muszę wręczyć je Lottie. Zakradłam się do salonu, ciotka siedziała na kanapie, tyłem do mnie. Zasłoniłam Jej oczy i dałam do ręki kwiaty, a po chwili odsłoniłam.
- Są piękne! - zachwycała się ciotka. - Ty je wybierałaś? - spytała nadal zachwycona kwiatami.
- Nieee, ja nigdy nie umiałam nic dobrać. - zaśmiałam się sztucznie, ale ciotka i tak da się nabrać na taki śmiech. - Wstawię je od wody. - zaproponowałam.
- Świetny pomysł. - oznajmiła ciocia. Wzięłam bukiet i poszłam do kuchni, gdzie czekał przygotowany wcześniej przeze mnie wazon. Wstawiłam kwiaty i zajrzałam do lodówki. Lottie jeszcze nie odkryła ciasta, wróciłam więc do salonu i usiadłam naprzeciwko ciotki. - To kto dobierał kwiaty? - dopytywała się.
- Emmm... Noooo... - nie wiedziałam co Jej powiedzieć. Nie chciałam, by dowiedziała się o zaistniałej sytuacji, Ona tego nie zrozumie... - Pracownik kwiaciarni. - odparła pewnie.
- Aha... - ciocia przyglądała mi się podejrzliwie.
- To może ja podam ciasto! - zmieniłam temat i pobiegłam po sernik. Ukroiłam kawałek dla Charlotte i zaniosłam Jej. Ciotka spokojnie jadła, gdy rozległ się dzwonek do drzwi. Spojrzałam zdziwiona na Lottie, a Ona na zegarek.
- Ahhh! To moje koleżanki, zaprosiłam je na kawę! - olśniło ciocię.
- Ale nie o 12! - zauważyłam. - Pójdę otworzyć. - stwierdziłam i poszłam otworzyć. Za drzwiami stał kurier z przesyłką. Podpisałam, co mi kazał i odebrałam paczkę. Wtedy to przypomniałam sobie o filiżankach, które Lottie strasznie się podobały i kupiłam je razem z Jej koleżanką. Zaniosłam Jej prezent.
- Matko, Vessa! Przecież nie mam urodzin! - udawała złość.
- No, tak, ale nie mogłam dłużej słuchać Twojego marudzenia o tych filiżankach! - oznajmiłam i otworzyłam paczkę.
- Zobaczysz, jak Amberly się dowie, od razu przyzna mi rację! - stwierdziła.
- Tak się składa, że pani Amber pomogła mi to zaplanować! - oświadczyłam.
- Czyli spisek! Nie daruje Wam! Zemszczę się na Niej dzisiaj, o czwartej. - obiecała Lottie.
- W porządku. Ja się ulotnie na ten czas, nie będę Wam przeszkadzać. - wymusiłam uśmiech.
- Nie musisz! - protestowała ciotka.
- Bujać to my, ale nie nas! Ulatniam się o trzeciej. - zapowiedziałam i poszłam po swój kawałek sernika.
***
Przed trzecią zaczęłam zbierać się do wyjścia. Zeszłam na dół po schodach.
- A mogę wiedzieć, dokąd idziesz? - spytała zaciekawiona Lottie.
- Do parku, ewentualnie schroniska, sierocińca albo domu starców. Zobaczę. - odparłam.
- Zarobiona jesteś! - zaśmiała się ciocia.
- Idę, baw się dobrze z koleżankami! - zabrałam jeszcze torbę i wyszłam. Moja zmiana w schronisku zaczynała się za jakieś 45 minut, wiec miałam sporo czasu. Poszłam do parku i usiadłam na ławce niedaleko fontanny. Wokół cisza i spokój, słychać tylko szum wody i wiatru oraz śpiew ptaków... Wyciągnęłam z torby szkicownik i ołówek. Zaczęłam szkicować to, co zwykle - oczy... Wiele osób miało mnie przez to za dziwną, ale bardzo często rysowałam smutne oczy. Nagle ktoś usiadł obok mnie, od razu Go rozpoznałam.
- Co rysujesz? - spytał Michael.
- Ciebie też dobrze widzieć. - powiedziałam zachowując pełną powagę.
(Michael? Trzeba poszukać weny i ją złapać, zanim ucieknie :-) )
Od Vanessy
New York... Nowe miejsce, a smutek taki sam... Przed wyjazdem do USA miałam nadzieję, że wszystko się zmieni. Owszem, sporo się zmieniło, ale jakoś nie jest mi lepiej...
Obudziłam się dziś bardzo z myślą; "Koszmar wciąż trwa!", wypełzłam z łóżka i poszłam zajrzeć do kuchni. Charlotte jeszcze nie było...
- Pewnie jeszcze śpi... - powiedziałam cicho do siebie. Spostrzegłam pod sowimi nogami Irbis, patrzyła na mnie z wyrzutem. Przewróciłam oczami i westchnęłam, doskonale wiedziałam, o co Jej chodzi. - Niech Ci będzie... - mruknęłam z niechęcią i wypuściłam ją do ogrodu. Zamknęłam drzwi i wróciłam do kuchni. Zaspana spojrzałam w kalendarz wiszący na lodówce.
- Imieniny ciotki! - olśniło mnie. - Zupełnie o nich zapomniałam! - spanikowałam, cały czas myślałam, że to dopiero za tydzień! Nic, a nic nie było przygotowane! Przygotowałam śniadanie dla Charlotte, a następnie poszłam przebrać się z pidżamy. Założyłam czarne legginsy, mój także czarny sweter i białą czapkę, a następnie zbiegłam po schodach pod drzwi do ogrodu. Założyłam czarne trampki z białymi sznurówkami i wyszłam z domu. Udałam się do cukierni po jakieś ciasto. Weszłam do środka.
- Witam, co dla Pani? - zwróciła się do mnie starsza pani.
- Witam Panią, ciocia ma dziś imieniny i potrzebuję jakiegoś dobrego ciasta. Normalnie sama robię, ale daty mi się pomyliły i nie zdążyłam. - wyjaśniłam.
- W porządku, zaraz coś znajdziemy. - powiedziała uśmiechnięta kobieta. Chwilę czekałam, aż wreszcie wróciła z ładnie zawiniętym ciastem.
- O, super! Ile płacę? - zapytałam z uśmiechem na twarzy.
- 4.99$ - odparła. zagrzebałam w torbie za portfelem, po znalezieniu go zaczęłam szukać pieniędzy. Zauważyłam, że starsza pani dziwnie mi się przygląda. W końcu znalazłam pieniądze, ale nie dawał mi spokoju Jej wzrok.
- Coś nie tak, proszę Pani? - zapytałam zdezorientowana.
- Twoje ręce... - wzięła moją rękę i podwinęła mój rękaw.
- To tylko kot! - wyjaśniłam szybko zakłopotana. Położyłam pieniądze na blacie, zabrałam ciasto i wybiegłam z cukierni. Wróciłam po cichu do domu, schowałam ciasto do lodówki i tyle mnie widzieli. Musiałam jeszcze podejść do kwiaciarni, Charlotte uwielbia kwiaty! Niestety było to w zupełnie innym kierunku, niż cukiernia. Ehhh... Trudno, przeżyję... Poszłam do tej kwiaciarni, w końcu dla Lottie (od imienia Charlotte) wszystko. Weszłam do środka, nikogo nie ma...
- Jest tu kto? - spytałam niepewnie.
- Zaraz! Chwila! Już idę! - usłyszałam z zaplecza. Cierpliwie czekałam. W końcu przyszedł do mnie jakiś młody chłopak o dwukolorowych oczach.
- W czym mogę pomóc? - spytał.
- Szukam kwiatów dla ciotki na imieniny. - wyjaśniłam.
- Spoko, zaraz się coś znajdzie... - powiedział i wrócił na zaplecze. Nadal cierpliwie czekałam, rozglądając się po kwiaciarni.
(Michael?)
Obudziłam się dziś bardzo z myślą; "Koszmar wciąż trwa!", wypełzłam z łóżka i poszłam zajrzeć do kuchni. Charlotte jeszcze nie było...
- Pewnie jeszcze śpi... - powiedziałam cicho do siebie. Spostrzegłam pod sowimi nogami Irbis, patrzyła na mnie z wyrzutem. Przewróciłam oczami i westchnęłam, doskonale wiedziałam, o co Jej chodzi. - Niech Ci będzie... - mruknęłam z niechęcią i wypuściłam ją do ogrodu. Zamknęłam drzwi i wróciłam do kuchni. Zaspana spojrzałam w kalendarz wiszący na lodówce.
- Imieniny ciotki! - olśniło mnie. - Zupełnie o nich zapomniałam! - spanikowałam, cały czas myślałam, że to dopiero za tydzień! Nic, a nic nie było przygotowane! Przygotowałam śniadanie dla Charlotte, a następnie poszłam przebrać się z pidżamy. Założyłam czarne legginsy, mój także czarny sweter i białą czapkę, a następnie zbiegłam po schodach pod drzwi do ogrodu. Założyłam czarne trampki z białymi sznurówkami i wyszłam z domu. Udałam się do cukierni po jakieś ciasto. Weszłam do środka.
- Witam, co dla Pani? - zwróciła się do mnie starsza pani.
- Witam Panią, ciocia ma dziś imieniny i potrzebuję jakiegoś dobrego ciasta. Normalnie sama robię, ale daty mi się pomyliły i nie zdążyłam. - wyjaśniłam.
- W porządku, zaraz coś znajdziemy. - powiedziała uśmiechnięta kobieta. Chwilę czekałam, aż wreszcie wróciła z ładnie zawiniętym ciastem.
- O, super! Ile płacę? - zapytałam z uśmiechem na twarzy.
- 4.99$ - odparła. zagrzebałam w torbie za portfelem, po znalezieniu go zaczęłam szukać pieniędzy. Zauważyłam, że starsza pani dziwnie mi się przygląda. W końcu znalazłam pieniądze, ale nie dawał mi spokoju Jej wzrok.
- Coś nie tak, proszę Pani? - zapytałam zdezorientowana.
- Twoje ręce... - wzięła moją rękę i podwinęła mój rękaw.
- To tylko kot! - wyjaśniłam szybko zakłopotana. Położyłam pieniądze na blacie, zabrałam ciasto i wybiegłam z cukierni. Wróciłam po cichu do domu, schowałam ciasto do lodówki i tyle mnie widzieli. Musiałam jeszcze podejść do kwiaciarni, Charlotte uwielbia kwiaty! Niestety było to w zupełnie innym kierunku, niż cukiernia. Ehhh... Trudno, przeżyję... Poszłam do tej kwiaciarni, w końcu dla Lottie (od imienia Charlotte) wszystko. Weszłam do środka, nikogo nie ma...
- Jest tu kto? - spytałam niepewnie.
- Zaraz! Chwila! Już idę! - usłyszałam z zaplecza. Cierpliwie czekałam. W końcu przyszedł do mnie jakiś młody chłopak o dwukolorowych oczach.
- W czym mogę pomóc? - spytał.
- Szukam kwiatów dla ciotki na imieniny. - wyjaśniłam.
- Spoko, zaraz się coś znajdzie... - powiedział i wrócił na zaplecze. Nadal cierpliwie czekałam, rozglądając się po kwiaciarni.
(Michael?)
Subskrybuj:
Posty (Atom)

