Westchnęłam i spojrzałam na chłopaka.
-Czegokolwiek nie zrobisz to będę szanować twój wybór i będę cię
wspierać– westchnęłam – nie będę ukrywać, że mi to wszystko na rękę, ale
poradzimy sobie jakoś – powiedziałam, siląc się na niewielki uśmiech w
jego stronę.
-Dzięki – mruknął, odwracając się trochę w moją stronę.
Położyłam swoją dłoń na jego i spojrzałam mu w oczy.
-Będzie dobrze, bez względu na to co ta głupia krowa wywinie – zaśmiałam
się lekko – i mam szczerą nadzieję, że dzieciak przejmie twoje cechy,
bo w przeciwnym razie ja się wynoszę – uśmiechnęłam się.
-Bardzo śmieszne – odparł, wywracając oczami.
-Wiesz, że cię kocham, bez względu na to, jaką kaleka jesteś – oznajmiłam, całując go delikatnie.
-Ja ciebie tez – uśmiechnął się, po czym oddał pocałunek.
-Skoczyłabym na zakupy, bo w lodówce pustki. Chcesz coś konkretnego? - zapytałam.
-Może pojadę z tobą? - zaproponował.
-Zostań i odpoczywaj – powiedziałam, głaszcząc go po policzku. - Niedługo wrócę.
-Niech ci będzie – mruknął.
Przebrałam się w świeże ubrania i ogarnęłam nieco swoją twarz, aby móc
udać się na zakupy. Zgarnęłam kluczyki do samochodu i wyszłam z
mieszkania. Całe szczęście korki były niewielkie, a ja bez przeszkód
mogłam dotrzeć do sklepu w akompaniamencie ulubionych piosenek.
Idąc przez parking wzięłam wózek, gdyż wiedziałam, że te zakupy muszą
być duże, lodówka naprawdę świeciła pustkami. Idąc przez market brałam
większość rzeczy, na które miałam ochotę. W końcu stanęłam przed działem
z alkoholami. Zastanowiłam się chwilkę, po czym stwierdziłam, że dawno
nie piliśmy wspólnie wina, dlatego wzięłam aż trzy, aby było na zapas.
Kiedy wróciłam do domu, pierwszą rzeczą, jaką zrobiłam, było postawienie
na ławie, przed chłopakiem butelek. Scott oderwał wzrok od telewizora,
po czym spojrzał w moją stronę z rozbawieniem.
-Nie mogłam się zdecydować – westchnęłam.
Scott?
piątek, 1 lutego 2019
wtorek, 29 stycznia 2019
Od Isabelli cd Tylera
Spojrzałam na chłopaka, który cały czas mi się przyglądał. Westchnęłam i
wytarłam łzę spływającą po moim policzku. Z oczu blondyna wyczytałam
smutek, ale dlaczego? Dlaczego był smutny?
-Uroczym dupkiem, który potrafi wywrócić mój świat do góry nogami. - Wbiłam wzrok w swoje nogi.
Po chwili poczułam dłoń na swoim policzku, która stopniowo zmierzała w stronę brody. Chłopak delikatnie uniósł moją głowę tak, abym patrzyła mu prosto w oczy, a po chwili złożył pocałunek na moich ustach. Oddałam pocałunek, wplatając swoje palce w blond włosy Tylera. Z sekundy na sekundę czułam coraz większe dreszcze. Gdy w końcu oderwaliśmy się od siebie, aby zaczerpnąć powietrza, blonadas posłał mi lekki uśmiech, przez który dość mocno się zarumieniłam. Po chwili wstałam kierując się w stronę kuchni.
-Chcesz coś do picia? - Zapytałam.
-Woda wystarczy. - Odpowiedział, siadając na kanapie.
Chwyciłam butelkę z wodą i nalałam ją do sięgniętej wcześniej szklanki. Złapałam za szklane ucho i wróciłam do salonu, podając chłopakowi napój. Tyler wypił zawartość szklanki za pierwszym razem i odstawiła przedmiot na mały stoliczek, a ja usiadłam obok niego na kanapie.
-Wiesz... tak sobie pomyślałam, że może masz dzisiaj wolny wieczór... - Zaczęłam. -Wyskoczymy do jakiegoś klubu? - Spojrzałam na chłopaka, który przez dłuższą chwilę siedział cicho. Czekałam cierpliwie na odpowiedź, która pojawiał się szybciej niż mogłam się jej spodziewać.
Tyler?
-Uroczym dupkiem, który potrafi wywrócić mój świat do góry nogami. - Wbiłam wzrok w swoje nogi.
Po chwili poczułam dłoń na swoim policzku, która stopniowo zmierzała w stronę brody. Chłopak delikatnie uniósł moją głowę tak, abym patrzyła mu prosto w oczy, a po chwili złożył pocałunek na moich ustach. Oddałam pocałunek, wplatając swoje palce w blond włosy Tylera. Z sekundy na sekundę czułam coraz większe dreszcze. Gdy w końcu oderwaliśmy się od siebie, aby zaczerpnąć powietrza, blonadas posłał mi lekki uśmiech, przez który dość mocno się zarumieniłam. Po chwili wstałam kierując się w stronę kuchni.
-Chcesz coś do picia? - Zapytałam.
-Woda wystarczy. - Odpowiedział, siadając na kanapie.
Chwyciłam butelkę z wodą i nalałam ją do sięgniętej wcześniej szklanki. Złapałam za szklane ucho i wróciłam do salonu, podając chłopakowi napój. Tyler wypił zawartość szklanki za pierwszym razem i odstawiła przedmiot na mały stoliczek, a ja usiadłam obok niego na kanapie.
-Wiesz... tak sobie pomyślałam, że może masz dzisiaj wolny wieczór... - Zaczęłam. -Wyskoczymy do jakiegoś klubu? - Spojrzałam na chłopaka, który przez dłuższą chwilę siedział cicho. Czekałam cierpliwie na odpowiedź, która pojawiał się szybciej niż mogłam się jej spodziewać.
Tyler?
Od Jocelyn
Zgarnęłam ze stołu telefon, klucze i wybiegłam z przyczepy. Jak zwykle
wychodzę zbyt późno. Chyba nigdy nie nauczę się odpowiedzialności.
Zamknęłam drzwi a, kluczyki schowałam do kieszeni wraz z telefonem.
Złapałam szybko za rower i ruszyłam przed siebie. I za każdym razem to
samo. Spóźniona Jocelyn, ubrana w dość wyzywający strój, przemierza
ulice, by jak najszybciej dostać się do klubu nocnego. Dość komiczna
sytuacja. Droga na szczęście była pusta, więc szybko pokonywałam drogę
do klubu. Poczułam wibracje w prawej kieszeni spodni, gdzie schowany był
telefon. Odebranie w tym momencie bardzo by mnie opóźniło, więc nie
zwróciłam na to uwagi, tylko dalej jechałam przed siebie. Wibracje w
końcu ustały, a ja musiałam zjechać na chodnik. Im bliżej centrum, tym
więcej samochodów, a ja nie miałam czasu, by je wszystkie wymijać i
uważać, by przypadkowo któregoś nie zarysować.
Kiedy byłam już prawie na miejscu, telefon znów zaczął wibrować. Poddenerwowana, starałam się go wyjąć z kieszeni spodni, tym samym kontrolując to, co dzieje się przede mną. Zwolniłam nieco ponieważ do mojego miejsca docelowego pozostało jakieś sto metrów. Nie mogłam sobie poradzić z wyciągnięciem telefonu. Nawet tak prosta czynność sprawia mi problem.
-Cholerny telefon-mruknęłam sama do siebie i spuściłam głowę, co było bardzo złą decyzją, bo w tym samym momencie poczułam gwałtowne uderzenie i upadłam z hukiem na ziemię. Przez chwilowe zamroczenie miałam kłopot ze wstaniem. Wściekła otrzepałam ubrania i podniosłam rower. Dopiero w tym momencie zauważyłam leżący na ziemi, zbity telefon. Chyba mam już dość jak na jeden dzień.
-Jeszcze tego mi brakowało-znów powiedziałam sama do siebie - Naucz się chodzić i nie toruj drogi-rzuciłam oschle nie spoglądając w stronę potrąconej osoby. Ruszyłam przed siebie. Tym razem postanowiłam już prowadzić rower. Klub był tuż za rogiem, a nie chciałam znów turlać się po chodniku.
Weszłam do środka zdenerwowana. Panował półmrok, a ja przeciskałam się między spoconymi facetami, by dostać się za baru.
-Gdzie ty byłaś? Dzwoniłem do ciebie?-usłyszałam głos Brandona.
-Coś mi wypadło-wzruszyłam ramionami i weszłam za bar.
-Boże! Kochanie co ci się stało?-spojrzał na mnie. No tak. Nie pomyślałam o tym, że mogę teraz wyglądać, jakbym wyszłam z jakiegoś gęstego lasu. Chłopak wytarł mi twarz szmatą - No od razu lepiej-powiedział zadowolony. Sięgnęłam do kieszeni, by sprawdzić stan mojego telefonu. Całe szczęście działał, ale ekran jest do wymiany. Świetnie kolejne wydatki. Sięgnęłam do drugiej kieszeni gdzie powinny znajdować się klucze. Była ona jednak pusta, co znaczy, że mam kolejny problem.
-Dwa razy czystą-usłyszałam czyjś głos, który na chwilę odciągnął mnie od moich zmartwień. Od razu zabrałam się za zamówienie, zastanawiając się nad tym jak dostanę się dziś do domu. Podałam zamówienie i uśmiechnęłam się do klienta. Mój uśmiech szybko zniknął z mojej twarzy, gdy zorientowałam się, że osobą której podałam kieliszki jest uczestnik wypadku,który miał miejsce zaledwie kilka minut temu.
Ktoś?
Kiedy byłam już prawie na miejscu, telefon znów zaczął wibrować. Poddenerwowana, starałam się go wyjąć z kieszeni spodni, tym samym kontrolując to, co dzieje się przede mną. Zwolniłam nieco ponieważ do mojego miejsca docelowego pozostało jakieś sto metrów. Nie mogłam sobie poradzić z wyciągnięciem telefonu. Nawet tak prosta czynność sprawia mi problem.
-Cholerny telefon-mruknęłam sama do siebie i spuściłam głowę, co było bardzo złą decyzją, bo w tym samym momencie poczułam gwałtowne uderzenie i upadłam z hukiem na ziemię. Przez chwilowe zamroczenie miałam kłopot ze wstaniem. Wściekła otrzepałam ubrania i podniosłam rower. Dopiero w tym momencie zauważyłam leżący na ziemi, zbity telefon. Chyba mam już dość jak na jeden dzień.
-Jeszcze tego mi brakowało-znów powiedziałam sama do siebie - Naucz się chodzić i nie toruj drogi-rzuciłam oschle nie spoglądając w stronę potrąconej osoby. Ruszyłam przed siebie. Tym razem postanowiłam już prowadzić rower. Klub był tuż za rogiem, a nie chciałam znów turlać się po chodniku.
Weszłam do środka zdenerwowana. Panował półmrok, a ja przeciskałam się między spoconymi facetami, by dostać się za baru.
-Gdzie ty byłaś? Dzwoniłem do ciebie?-usłyszałam głos Brandona.
-Coś mi wypadło-wzruszyłam ramionami i weszłam za bar.
-Boże! Kochanie co ci się stało?-spojrzał na mnie. No tak. Nie pomyślałam o tym, że mogę teraz wyglądać, jakbym wyszłam z jakiegoś gęstego lasu. Chłopak wytarł mi twarz szmatą - No od razu lepiej-powiedział zadowolony. Sięgnęłam do kieszeni, by sprawdzić stan mojego telefonu. Całe szczęście działał, ale ekran jest do wymiany. Świetnie kolejne wydatki. Sięgnęłam do drugiej kieszeni gdzie powinny znajdować się klucze. Była ona jednak pusta, co znaczy, że mam kolejny problem.
-Dwa razy czystą-usłyszałam czyjś głos, który na chwilę odciągnął mnie od moich zmartwień. Od razu zabrałam się za zamówienie, zastanawiając się nad tym jak dostanę się dziś do domu. Podałam zamówienie i uśmiechnęłam się do klienta. Mój uśmiech szybko zniknął z mojej twarzy, gdy zorientowałam się, że osobą której podałam kieliszki jest uczestnik wypadku,który miał miejsce zaledwie kilka minut temu.
Ktoś?
Od Xaviera
Podniosłem się z kanapy leniwym ruchem, odkładając książkę na pobliski
stolik. Zbliżała się osiemnasta godzina dnia, który jest chyba ulubionym
dniem każdego pracującego człowieka. Piątek. Dla mnie również był to
najlepszy czas, gdyż każdy po trudnym tygodniu chciał się rozerwać, więc
gdzie się wybierał? Oczywiście do klubów, co oznaczało nie mały zysk.
Złapałem smycz, którą zapiąłem ją Joker'owi, aby wyprowadzić go jeszcze
przed moim wyjściem. Szybka runda dokoła bloku, podczas której zapaliłem
papierosa. Nic tak człowieka nie odpręża niż dym papierosowy. Wróciłem
do mieszkania, gdzie spuściłem psa, sprawdzając czy ma pełne miski.
Złapałem kluczyki od samochodu i ruszyłem do klubu. Wchodząc kiwnąłem do
ochroniarza udając się się prosto do mojego biura. Rozsiadłem się
wygodnie w fotelu przeglądając stertę papierów na biurku, w tym
odpowiedzi na ogłoszenie w sprawie pracy. Od czasu do czasu wyglądałem,
jak się ma sytuacja w klubie, wiedząc, że spokój w końcu musi zostać
zakłócony.. W końcu koło dwudziestej drugiej rozległo się pukanie i
przyszedł Mack.
-Słuchaj mógłbyś pomóc? Nie dajemy już rady z Ronem -powiedział drapiąc się po głowie.
-Aż taki ruch? -Zdziwiłem się podnosząc wzrok znad przelewów.
-Aż tak... Chyba cały akademik się wybrał świętować -mruknął.
Rozejrzałem się po pomieszczeniu po czym podniosłem się podwijając rękawy. Wyszedłem za chłopakiem i ruszyłem w stronę tłumu przy barze. Faktycznie, wyglądało na to, że sporo ludzi postanowiło tego dnia zaszaleć i uczcić zdane egzaminy. Biorąc pod uwagę, że za parę minut skończy się mecz na pobliskim stadionie jesteśmy w głębokiej dupie. Stanąłem za barem przyjmując zamówienia. W pewnym momencie do baru podeszła jakaś blond włosa dziewczyna.
-Nieletnich nie obsługujemy -podziałem zanim cokolwiek zdążyła powiedzieć.
-Oj nie wygłupiaj się -powiedziała racząc mnie nie winnym uśmiechem. -Jakoś nikt nigdy na to nie zwraca uwagi. Poza tym ja jestem pełnoletnia.
W tym momencie przede mnie, a dziewczynę wpadł Ron. Poinformował mnie, że jakiś koleś chce się ze mną widzieć. Spojrzałem na mężczyznę stojącego przy schodach prowadzących do mojego biura. Kiwnąłem głową i odszedłem zostawiając po drodze ścierkę. Był to miejscowy diler, a jednocześnie mój dobry znajomy. Jak zwykle szukał meliny do handlu... Chociaż właśnie wyszedł po odsiedzeniu wyroku za kradzież, a nie za posiadanie i handel prochami. Ten to nie lubi spokoju w życiu. Pogadaliśmy chwilę, aż udzieliłem mu zgodę na handel za klubem, nie na widoku, zastrzegając, że w razie czego nie będę mu ratować dupy. W końcu wyszedłem z biura i ruszyłem w stronę wyjścia w celu zapalenia, aż tu nagle coś zwróciło moją uwagę. Zauważyłem tę dziewczynę, którą napastował sporo większy od niej facet. Nachalnie i za wszelką cenę próbował ją pocałować przyszpilając ją do ściany. Niestety mała, nie miała na tyle siły by mu uciec. Ruszyłem w ich stronę i odciągnąłem go od niej.
-Nie widzisz, że dziewczyna nie jest tobą zainteresowana? -Warknąłem do niego. Biła od niego spora woń alkoholu.
-Po prostu nie wie co traci -odparł próbując wyrwać ramię.
-Panu już dziękujemy. Rick -zawołałem do przechodzącego niedaleko ochroniarza- pokaż panu gdzie jest wyjście.
Mężczyzna zaciągnął go w stronę wyjścia. Odwróciłem się do dziewczyny.
-Nic ci nie zrobił?
Dziewczyno?
-Słuchaj mógłbyś pomóc? Nie dajemy już rady z Ronem -powiedział drapiąc się po głowie.
-Aż taki ruch? -Zdziwiłem się podnosząc wzrok znad przelewów.
-Aż tak... Chyba cały akademik się wybrał świętować -mruknął.
Rozejrzałem się po pomieszczeniu po czym podniosłem się podwijając rękawy. Wyszedłem za chłopakiem i ruszyłem w stronę tłumu przy barze. Faktycznie, wyglądało na to, że sporo ludzi postanowiło tego dnia zaszaleć i uczcić zdane egzaminy. Biorąc pod uwagę, że za parę minut skończy się mecz na pobliskim stadionie jesteśmy w głębokiej dupie. Stanąłem za barem przyjmując zamówienia. W pewnym momencie do baru podeszła jakaś blond włosa dziewczyna.
-Nieletnich nie obsługujemy -podziałem zanim cokolwiek zdążyła powiedzieć.
-Oj nie wygłupiaj się -powiedziała racząc mnie nie winnym uśmiechem. -Jakoś nikt nigdy na to nie zwraca uwagi. Poza tym ja jestem pełnoletnia.
W tym momencie przede mnie, a dziewczynę wpadł Ron. Poinformował mnie, że jakiś koleś chce się ze mną widzieć. Spojrzałem na mężczyznę stojącego przy schodach prowadzących do mojego biura. Kiwnąłem głową i odszedłem zostawiając po drodze ścierkę. Był to miejscowy diler, a jednocześnie mój dobry znajomy. Jak zwykle szukał meliny do handlu... Chociaż właśnie wyszedł po odsiedzeniu wyroku za kradzież, a nie za posiadanie i handel prochami. Ten to nie lubi spokoju w życiu. Pogadaliśmy chwilę, aż udzieliłem mu zgodę na handel za klubem, nie na widoku, zastrzegając, że w razie czego nie będę mu ratować dupy. W końcu wyszedłem z biura i ruszyłem w stronę wyjścia w celu zapalenia, aż tu nagle coś zwróciło moją uwagę. Zauważyłem tę dziewczynę, którą napastował sporo większy od niej facet. Nachalnie i za wszelką cenę próbował ją pocałować przyszpilając ją do ściany. Niestety mała, nie miała na tyle siły by mu uciec. Ruszyłem w ich stronę i odciągnąłem go od niej.
-Nie widzisz, że dziewczyna nie jest tobą zainteresowana? -Warknąłem do niego. Biła od niego spora woń alkoholu.
-Po prostu nie wie co traci -odparł próbując wyrwać ramię.
-Panu już dziękujemy. Rick -zawołałem do przechodzącego niedaleko ochroniarza- pokaż panu gdzie jest wyjście.
Mężczyzna zaciągnął go w stronę wyjścia. Odwróciłem się do dziewczyny.
-Nic ci nie zrobił?
Dziewczyno?
Od Scotta cd Hailey
-No tak ty możesz sobie żartować, że nie zauważyłaś, a ja miałem lekkie zdziwionko jak wyjrzałem przez okno -zaśmiałem się.
-Oj tam, pół roku czy to dużo -powiedziała z sarkazmem. -Nie no, ale tak serio to fatalna ta droga.
-Z ostatniej chwili! Jak co roku zima zaskoczyła drogowców. Nikt nie spodziewał się w grudniu śniegu. Za chwilę połączymy się ze zdruzgotanym mieszkańcem Wywalonych Dolnych, który rano wyszedł w klapkach i było mu zimno -powiedziałem w międzyczasie wystukując rytm piosenki z radia o drzwi.
Po około godzinie byliśmy już w Nowym Jorku. Oczywiście najwięcej czasu zajęło nam znalezienie miejsca parkingowego pod blokiem. Kiedy już je znaleźliśmy wyciągnąłem psy z samochodu i zabrałem transporter z śpiącym kotem. Wróciliśmy do mieszkania, gdzie ogarnęliśmy szybki obiad. Po skończonym posiłku, zostałem wygoniony od szklanych rzeczy, aby "zmniejszyć ilość ofiar". Rozwaliłem się na kanapie wracając do porannych przeglądań stron z opiniami na temat zabiegu ręki, ale jeszcze szybciej to skończyłem widząc coraz mniej optymistyczne rzeczy. Nigdy nie szukaj informacji na ten temat w internecie. Nigdy.
-A ty nad czym znowu tak rozmyślasz. Ostatnio nic innego nie robisz tylko myślisz, po takiej przerwie zaraz ci się styki w mózgu przegrzeją -powiedziała szturchając mnie, abym się przesunął. -Co ci tak nie daje spać i odwraca uwagę ode mnie. I nie mów, że mi się wydaje!
Odsunąłem się robiąc jej miejsce, a ona położyła się obok mnie, kładąc głowę na mojej klatce.
-Jestem dość monotematyczny ostatnio -powiedziałem obejmując ją. -Muszę spotkać się z Sofii i wyjaśnić kilka kwestii...Na przykład co właściwie planuje i jak to teraz widzi. Czy ma zamiar chociaż raz ponieść konsekwencje swoich czynów, czy jak zwykle niech inni się martwią...
-A na kiedy planujesz tę jakże wesołą rozmowę? -Zapytała skubiąc moją koszulkę i poważniejąc.
-Jeszcze nie wiem-przyznałem szczerze, bawiąc się pasmem je włosów.- Ale za nim spotkam się z nią, chcę wiedzieć co ty o tym wszystkim myślisz? Bo wiesz, że ja tego nie zostawię i ponownie wywrócę nasze życie o sto osiemdziesiąt stopni. Pytanie tylko, czy jesteś pewna że chcesz się w to wpakować...
Hailey?
-Oj tam, pół roku czy to dużo -powiedziała z sarkazmem. -Nie no, ale tak serio to fatalna ta droga.
-Z ostatniej chwili! Jak co roku zima zaskoczyła drogowców. Nikt nie spodziewał się w grudniu śniegu. Za chwilę połączymy się ze zdruzgotanym mieszkańcem Wywalonych Dolnych, który rano wyszedł w klapkach i było mu zimno -powiedziałem w międzyczasie wystukując rytm piosenki z radia o drzwi.
Po około godzinie byliśmy już w Nowym Jorku. Oczywiście najwięcej czasu zajęło nam znalezienie miejsca parkingowego pod blokiem. Kiedy już je znaleźliśmy wyciągnąłem psy z samochodu i zabrałem transporter z śpiącym kotem. Wróciliśmy do mieszkania, gdzie ogarnęliśmy szybki obiad. Po skończonym posiłku, zostałem wygoniony od szklanych rzeczy, aby "zmniejszyć ilość ofiar". Rozwaliłem się na kanapie wracając do porannych przeglądań stron z opiniami na temat zabiegu ręki, ale jeszcze szybciej to skończyłem widząc coraz mniej optymistyczne rzeczy. Nigdy nie szukaj informacji na ten temat w internecie. Nigdy.
-A ty nad czym znowu tak rozmyślasz. Ostatnio nic innego nie robisz tylko myślisz, po takiej przerwie zaraz ci się styki w mózgu przegrzeją -powiedziała szturchając mnie, abym się przesunął. -Co ci tak nie daje spać i odwraca uwagę ode mnie. I nie mów, że mi się wydaje!
Odsunąłem się robiąc jej miejsce, a ona położyła się obok mnie, kładąc głowę na mojej klatce.
-Jestem dość monotematyczny ostatnio -powiedziałem obejmując ją. -Muszę spotkać się z Sofii i wyjaśnić kilka kwestii...Na przykład co właściwie planuje i jak to teraz widzi. Czy ma zamiar chociaż raz ponieść konsekwencje swoich czynów, czy jak zwykle niech inni się martwią...
-A na kiedy planujesz tę jakże wesołą rozmowę? -Zapytała skubiąc moją koszulkę i poważniejąc.
-Jeszcze nie wiem-przyznałem szczerze, bawiąc się pasmem je włosów.- Ale za nim spotkam się z nią, chcę wiedzieć co ty o tym wszystkim myślisz? Bo wiesz, że ja tego nie zostawię i ponownie wywrócę nasze życie o sto osiemdziesiąt stopni. Pytanie tylko, czy jesteś pewna że chcesz się w to wpakować...
Hailey?
Od Tylera cd Isabelli
Wysiadłem z samochodu, jedynie uśmiechając się do staruszki. Zona
oczywiście musiała na mnie warknąć, kiedy wyciągnąłem rękę w stronę
dziewczyny, aby pomóc jej wstać. Dziewczyna niechętnie ujęła moją dłoń i
podniosła się z ziemi.
-Mogę ją już od pani przejąć – stwierdziła dziewczyna, zabierając od kobiety smycz – I jeszcze raz dziękuję za opiekę nad nią.
-Nie ma problemu – powiedziała – miłego dnia!
-Odprowadzę cię, zwłaszcza, że krew nadal leci ci z nosa – westchnąłem.
-Nie musisz -odparła.
-Owszem, muszę.
-Nie, nie musisz.
-Nie marudź – syknąłem, łapiąc jej rękę i ciągnąc za sobą do środka.
Po kilku minutach byliśmy w środku, pies niemal od razu rzucił się na kanapę i bawił się swoją zabawką. Ja natomiast spojrzałem na dziewczynę i i jej wciąż krwawiący nos. Zdjąłem buty i poczekałem, aż zrobi to samo i zdejmie kurtkę.
-Lepiej usiądź – powiedziałem, szukając wzrokiem chusteczek.
W końcu postanowiłem iść do łazienki, gdzie tak jak się spodziewałem, znalazłem chusteczki. Kiedy wróciłem, Isabella siedziała z głowa odchyloną w tył.
-Nie, nie, nie, nie do tyłu – zawołałem, podbiegając do niej i przechylając jej głowę w przód – Trzymaj – mruknąłem, podając jej chusteczkę.
Ukucnąłem przy krześle, na którym siedziała i położyłem dłoń na jej kolanie. Po kilku minutach krew faktycznie przestała lecieć.
-Już nie leci, teraz możesz wracać do siebie i zająć się swoimi sprawami – oznajmiła.
-Przestań – powiedziałem,
-Co?
-Być taka. - wzruszyłem ramionami.
-To znaczy jaka? Bo to ty tutaj zachowujesz się jak dupek – zawołała, a w jej oczach powoli zaczynały gromadzić się łzy.
Westchnąłem cicho i spojrzałem na nią.
-Masz rację, jestem dupkiem – odrzekłem.
Isabella?
-Mogę ją już od pani przejąć – stwierdziła dziewczyna, zabierając od kobiety smycz – I jeszcze raz dziękuję za opiekę nad nią.
-Nie ma problemu – powiedziała – miłego dnia!
-Odprowadzę cię, zwłaszcza, że krew nadal leci ci z nosa – westchnąłem.
-Nie musisz -odparła.
-Owszem, muszę.
-Nie, nie musisz.
-Nie marudź – syknąłem, łapiąc jej rękę i ciągnąc za sobą do środka.
Po kilku minutach byliśmy w środku, pies niemal od razu rzucił się na kanapę i bawił się swoją zabawką. Ja natomiast spojrzałem na dziewczynę i i jej wciąż krwawiący nos. Zdjąłem buty i poczekałem, aż zrobi to samo i zdejmie kurtkę.
-Lepiej usiądź – powiedziałem, szukając wzrokiem chusteczek.
W końcu postanowiłem iść do łazienki, gdzie tak jak się spodziewałem, znalazłem chusteczki. Kiedy wróciłem, Isabella siedziała z głowa odchyloną w tył.
-Nie, nie, nie, nie do tyłu – zawołałem, podbiegając do niej i przechylając jej głowę w przód – Trzymaj – mruknąłem, podając jej chusteczkę.
Ukucnąłem przy krześle, na którym siedziała i położyłem dłoń na jej kolanie. Po kilku minutach krew faktycznie przestała lecieć.
-Już nie leci, teraz możesz wracać do siebie i zająć się swoimi sprawami – oznajmiła.
-Przestań – powiedziałem,
-Co?
-Być taka. - wzruszyłem ramionami.
-To znaczy jaka? Bo to ty tutaj zachowujesz się jak dupek – zawołała, a w jej oczach powoli zaczynały gromadzić się łzy.
Westchnąłem cicho i spojrzałem na nią.
-Masz rację, jestem dupkiem – odrzekłem.
Isabella?
Od Hailey cd Scotta
-W pełni się z panią zgadzam. Zwłaszcza, że teraz pewna osobistość już
nie może nas tak bezkarnie nachodzić – powiedziałam, śmiejąc się.
-Ta głupia krowa i tak znajdzie sposób – westchnęła kobieta – może zrobię wam herbaty, jest tak zimno…
-Ja bardzo chętnie – oznajmiłam.
-Też poproszę – odparł Scott.
-Babciu, babciu! Mi też zrób – zawołała Merry, dosłownie zbiegając z kolan Scotta i ruszając w pogoń za kobietą.
Oboje zaśmialiśmy się na ten widok, dziewczynka była przeurocza, a przy tym tak żywiołowa. Ciągle brakowało mi Nali, dopiero po dłuższej chwili dostrzegłam ją leżącą przy kominku i wygrzewającą się w bijącym od niego cieple.
-Znowu obrażona? - spytałam, dźgając Scotta w bok, aby zwrócić jego uwagę.
-Jak widać, przejdzie jej jak usłyszy, że wracamy do domu -stwierdził, głaszcząc Lucky’ego po głowie.
W tej chwili do salonu wróciła babcia z Merry, niosąc tackę z kubkami, które aż po brzegi wypełnione były herbatą. Każde z nas wzięło sobie po jednym z nich. Mimo że panowało tu ogólne ciepło, dopiero po napiciu się herbaty, poczułam się w pełni dobrze. Mała Merry obrażona na Hiro, który w pełni zajął kolana Scotta, władowała się na kolana babci.
-Dziecko drogie, uprzedzaj, bo na zawał zejdę – zawołała kobieta, wywołując tym samym u nas śmiech.
-Wracacie dziś do siebie? - spytała dziewczynka.
-Tak, mamy jeszcze sporo spraw w mieście do załatwienia – uśmiechnęłam się do niej.
-Szkoda – jęknęła.
Niecałą godzinę później udało nam się zapakować wraz ze zwierzakami do mojego samochodu.
-Miły dzień – stwierdziłam.
-Jak to odwiedziny u babci – zaśmiał się chłopak.
Włączyłam radio, ponieważ nie lubiłam jeździć w ciszy i powoli ruszyłam.
-Ślisko jest – westchnęłam.
-Jest zima – odparł chłopak.
-Serio? Nie zauważyłam – zaśmiałam się.
Scott?
-Ta głupia krowa i tak znajdzie sposób – westchnęła kobieta – może zrobię wam herbaty, jest tak zimno…
-Ja bardzo chętnie – oznajmiłam.
-Też poproszę – odparł Scott.
-Babciu, babciu! Mi też zrób – zawołała Merry, dosłownie zbiegając z kolan Scotta i ruszając w pogoń za kobietą.
Oboje zaśmialiśmy się na ten widok, dziewczynka była przeurocza, a przy tym tak żywiołowa. Ciągle brakowało mi Nali, dopiero po dłuższej chwili dostrzegłam ją leżącą przy kominku i wygrzewającą się w bijącym od niego cieple.
-Znowu obrażona? - spytałam, dźgając Scotta w bok, aby zwrócić jego uwagę.
-Jak widać, przejdzie jej jak usłyszy, że wracamy do domu -stwierdził, głaszcząc Lucky’ego po głowie.
W tej chwili do salonu wróciła babcia z Merry, niosąc tackę z kubkami, które aż po brzegi wypełnione były herbatą. Każde z nas wzięło sobie po jednym z nich. Mimo że panowało tu ogólne ciepło, dopiero po napiciu się herbaty, poczułam się w pełni dobrze. Mała Merry obrażona na Hiro, który w pełni zajął kolana Scotta, władowała się na kolana babci.
-Dziecko drogie, uprzedzaj, bo na zawał zejdę – zawołała kobieta, wywołując tym samym u nas śmiech.
-Wracacie dziś do siebie? - spytała dziewczynka.
-Tak, mamy jeszcze sporo spraw w mieście do załatwienia – uśmiechnęłam się do niej.
-Szkoda – jęknęła.
Niecałą godzinę później udało nam się zapakować wraz ze zwierzakami do mojego samochodu.
-Miły dzień – stwierdziłam.
-Jak to odwiedziny u babci – zaśmiał się chłopak.
Włączyłam radio, ponieważ nie lubiłam jeździć w ciszy i powoli ruszyłam.
-Ślisko jest – westchnęłam.
-Jest zima – odparł chłopak.
-Serio? Nie zauważyłam – zaśmiałam się.
Scott?
Od Isabelli cd Tylera
Po usłyszeniu odpowiedzi umilkłam, odwróciłam się w stronę szyby i
siedziałam cicho. Nie chciałam wiedzieć, o czym myśli teraz chłopak,
wolałam dać mu chwilę ochłonąć. Przypatrywałam się mijanym znakom i co
chwila zerkałam kątem oka na chłopaka, który był zajęty prowadzeniem.
Westchnęłam głośno, a po dłuższej chwili oglądania bezlistnych drzew,
usnęłam.
~~~
Obudziłam się przez jeden z gwałtowniejszych skrętów, przywalając głową w szybę. Cóż, zderzenie nie było zbyt przyjemne, ale nie poniosłam żadnych większych obrażeń. Rozejrzałam się dookoła i zauważyłam, że już powoli dojeżdżamy do mojego mieszkania. Przetarłam rękawem oczy, które cały czas domagały się snu, lecz nim ponownie zasnęłam poczułam, jak coś kapie mi z nosa. Z początku myślałam, że się przeziębiłam, lecz gdy spojrzałam w dół, zauważyłam czerwone plamy. Delikatnie dotknęłam palcem rynienki podnosowej, a po chwili byłam już pewna, że najzwyczajniej w świecie leci mi krew z nosa. Wytarłam cienki strumyczek krwi dłonią i siedziałam cicho, aby Tyler się nie zorientował. Niestety ninją nie zostanę, gdyż blondyn od razu się zorientował i kątem oka spojrzał na mnie, nadal skupiając się jednak na drodze. Zatrzymaliśmy się na jednym z miejsc parkingowych, a chłopak od razu odwrócił się w moją stronę.
-Co się stało? - Zapytał po chwili.
-Nic. Tak jakoś wyszło. - Wzruszyłam ramionami. -Możemy już jechać? - Zadałam pytanie.
Chłopak jedynie westchnął i ponownie włączył się do ruchu. "Podróż" nie trwała długo, bo zaledwie kilka minut, lecz okres ten dłużył mi się w nieskończoność. Gdy tylko wysiadłam z samochodu, jakaś wielka kudłata bestia zaczęła biec w moją stronę. Nim się zorientowałam, co to za pies, leżałam na ziemi z wylizywaną twarzą przez Zonę. Suczka radośnie merdała ogonem i poszczekiwała, co jakiś czas, a ja cieszyłam się, że znów przy niej jestem.
-Isabella? - Usłyszałam głos staruszki.
-Dzień dobry. - Powiedziałam szybko do sąsiadki, które zajmowała się moją futrzastą przyjaciółką podczas mojej nieobecności.
-Dzień dobry, dzień dobry. Właśnie wyszłyśmy na spacer. Zona chciała się wybiegać, a mi spacer dobrze zrobi. - Odpowiedziała.
Tyler?
~~~
Obudziłam się przez jeden z gwałtowniejszych skrętów, przywalając głową w szybę. Cóż, zderzenie nie było zbyt przyjemne, ale nie poniosłam żadnych większych obrażeń. Rozejrzałam się dookoła i zauważyłam, że już powoli dojeżdżamy do mojego mieszkania. Przetarłam rękawem oczy, które cały czas domagały się snu, lecz nim ponownie zasnęłam poczułam, jak coś kapie mi z nosa. Z początku myślałam, że się przeziębiłam, lecz gdy spojrzałam w dół, zauważyłam czerwone plamy. Delikatnie dotknęłam palcem rynienki podnosowej, a po chwili byłam już pewna, że najzwyczajniej w świecie leci mi krew z nosa. Wytarłam cienki strumyczek krwi dłonią i siedziałam cicho, aby Tyler się nie zorientował. Niestety ninją nie zostanę, gdyż blondyn od razu się zorientował i kątem oka spojrzał na mnie, nadal skupiając się jednak na drodze. Zatrzymaliśmy się na jednym z miejsc parkingowych, a chłopak od razu odwrócił się w moją stronę.
-Co się stało? - Zapytał po chwili.
-Nic. Tak jakoś wyszło. - Wzruszyłam ramionami. -Możemy już jechać? - Zadałam pytanie.
Chłopak jedynie westchnął i ponownie włączył się do ruchu. "Podróż" nie trwała długo, bo zaledwie kilka minut, lecz okres ten dłużył mi się w nieskończoność. Gdy tylko wysiadłam z samochodu, jakaś wielka kudłata bestia zaczęła biec w moją stronę. Nim się zorientowałam, co to za pies, leżałam na ziemi z wylizywaną twarzą przez Zonę. Suczka radośnie merdała ogonem i poszczekiwała, co jakiś czas, a ja cieszyłam się, że znów przy niej jestem.
-Isabella? - Usłyszałam głos staruszki.
-Dzień dobry. - Powiedziałam szybko do sąsiadki, które zajmowała się moją futrzastą przyjaciółką podczas mojej nieobecności.
-Dzień dobry, dzień dobry. Właśnie wyszłyśmy na spacer. Zona chciała się wybiegać, a mi spacer dobrze zrobi. - Odpowiedziała.
Tyler?
poniedziałek, 28 stycznia 2019
Od Scotta cd Hailey
-Jeśli masz ochotę to możemy pojechać -powiedziałem, całując ją w czubek głowy. -Tylko, chociaż moja męska duma mocno na tym ucierpi powiem to... Ty prowadzisz. Żarty żartami, ale to byłoby już skrajnie nieodpowiedzialne.
-No to postanowione. To w takim razie idę się ogarnąć i jedziemy -powiedziała, po czym podnosząc się pocałowała mnie krótko w usta.
Hailey poszła się ogarnąć a ja poszedłem wygrzebać parę starych kocy do samochodu, aby po wizycie futrzaków wciąż się nadawał do użytku. Około godzinny później siedzieliśmy już w samochodzie jadąc w tak lubiane prze zemnie miejsce. Całą drogę powstrzymywałem się od typowego męskiego gadania pod ogólnym tytułem ''No jak ty jedziesz kobieto", obserwując świat za oknem. Dość dziwne uczucie kiedy ostatnie co pamiętasz to ciepłe dni, a tu budzisz się ośnieżonym świecie. I zostaje ci świadomość zmarnowanego pół roku życia. I zamiast wyjaśnienia pewnych spraw powstanie nowych, z którymi trzeba się zmierzyć. I co czeka mnie w bardzo niedalekiej przyszłości. Jakoś wciąż do mnie nie docierało, że zostanę ojcem, w dodatku przez taką głupotę i to nie do końca moją.Ponowna wywrotka życiowa o sto osiemdziesiąt stopni. W dodatku czekała mnie poważna rozmowa z Sofii, którą odwlekam jak tylko się daje. Ale nie da się tego robić w nieskończoność...
Gdy tylko zajechaliśmy przywitało nas donośne szczekanie. Kiedy tylko wysiedliśmy z samochodu, znad jednej z zasp wyłoniła się psia mordka. Lucky widząc mnie, nie czekając na nic ruszył przez śnieg prosto w moją stronę. Oczywiście po co oszczędzić właściciela i zahamować, jak lepiej na pełnej prędkości wpaść na mnie, co zakończyło się bliskim spotkaniem moich czterech liter z podłożem. Całe szczęście udało unikać kolejnego narażenia mojej głowy. Pies nie wiele się przejmując ruszył do dalszych prób polizania mnie po twarzy, nie zwracając dużej uwagi na Hailey, która próbowała go odciągnąć. W końcu udało jej się odgonić go na tyle, aby mógł się podnieść. Pogłaskałem psa, który przez całą drogę od samochodu do schodków krążył wokół nas jak nakręcony.
-Co za durny zwierzak -powiedziała babcia, gdy udało nam się podejść do ganku.- A tu jeszcze nie odśnieżone, bo jak dziesięć razy powtórzyłam to wciąż za mało. Darmozjady jeban...
-Cześć babciu, ciebie też miło widzieć -zaśmiałem się przytulając ją do siebie.
-A czy ja mówię, że nie miło was widzieć -powiedziała odsuwając się ode mnie i przyciągając do siebie Hailey. Spojrzała na mnie krytycznym wzrokiem po czym dodała -Do środka ty tysiąc nieszczęść, za nim jeszcze się przeziębisz. Bo znając ciebie to i tak jesteś nie do wytrzymania...
Przepuściłem dziewczynę w drzwiach po czym wszedłem za nią zamykając drzwi. Kiedy ściągałem buty zostałem zaatakowany przez roześmianą Merry, która rzuciła mi się pełnym impetem na plecy krzycząc "Zgadnij kto to?".
-DZIECKO DROGIE -krzyknęła babcia, a oczy mało jej nie wypadły z orbit.
Jeszcze tego mi brakowało, aby i babcia chuchała na mnie cokolwiek robię. Rozsiedliśmy się w salonie. Babcia na starym fotelu dziadka, naprzeciwko kanapy, na której usiedliśmy z Hailey. Objąłem ją ramieniem, a po chwili na moje kolana wpakowała się Merry z Hiro pod pachą. Oczywiście nie była by sobą, gdyby nie próbowała zawołać tam jeszcze Lucky'ego, który rozsiadł się przy moich nogach.
-Dobrze widzieć was znowu razem uśmiechniętych bez tych wszystkich szpitalnych ozdób-powiedziała babcia uśmiechając się do nas ciepło.
Hailey?
-No to postanowione. To w takim razie idę się ogarnąć i jedziemy -powiedziała, po czym podnosząc się pocałowała mnie krótko w usta.
Hailey poszła się ogarnąć a ja poszedłem wygrzebać parę starych kocy do samochodu, aby po wizycie futrzaków wciąż się nadawał do użytku. Około godzinny później siedzieliśmy już w samochodzie jadąc w tak lubiane prze zemnie miejsce. Całą drogę powstrzymywałem się od typowego męskiego gadania pod ogólnym tytułem ''No jak ty jedziesz kobieto", obserwując świat za oknem. Dość dziwne uczucie kiedy ostatnie co pamiętasz to ciepłe dni, a tu budzisz się ośnieżonym świecie. I zostaje ci świadomość zmarnowanego pół roku życia. I zamiast wyjaśnienia pewnych spraw powstanie nowych, z którymi trzeba się zmierzyć. I co czeka mnie w bardzo niedalekiej przyszłości. Jakoś wciąż do mnie nie docierało, że zostanę ojcem, w dodatku przez taką głupotę i to nie do końca moją.Ponowna wywrotka życiowa o sto osiemdziesiąt stopni. W dodatku czekała mnie poważna rozmowa z Sofii, którą odwlekam jak tylko się daje. Ale nie da się tego robić w nieskończoność...
Gdy tylko zajechaliśmy przywitało nas donośne szczekanie. Kiedy tylko wysiedliśmy z samochodu, znad jednej z zasp wyłoniła się psia mordka. Lucky widząc mnie, nie czekając na nic ruszył przez śnieg prosto w moją stronę. Oczywiście po co oszczędzić właściciela i zahamować, jak lepiej na pełnej prędkości wpaść na mnie, co zakończyło się bliskim spotkaniem moich czterech liter z podłożem. Całe szczęście udało unikać kolejnego narażenia mojej głowy. Pies nie wiele się przejmując ruszył do dalszych prób polizania mnie po twarzy, nie zwracając dużej uwagi na Hailey, która próbowała go odciągnąć. W końcu udało jej się odgonić go na tyle, aby mógł się podnieść. Pogłaskałem psa, który przez całą drogę od samochodu do schodków krążył wokół nas jak nakręcony. -Co za durny zwierzak -powiedziała babcia, gdy udało nam się podejść do ganku.- A tu jeszcze nie odśnieżone, bo jak dziesięć razy powtórzyłam to wciąż za mało. Darmozjady jeban...
-Cześć babciu, ciebie też miło widzieć -zaśmiałem się przytulając ją do siebie.
-A czy ja mówię, że nie miło was widzieć -powiedziała odsuwając się ode mnie i przyciągając do siebie Hailey. Spojrzała na mnie krytycznym wzrokiem po czym dodała -Do środka ty tysiąc nieszczęść, za nim jeszcze się przeziębisz. Bo znając ciebie to i tak jesteś nie do wytrzymania...
Przepuściłem dziewczynę w drzwiach po czym wszedłem za nią zamykając drzwi. Kiedy ściągałem buty zostałem zaatakowany przez roześmianą Merry, która rzuciła mi się pełnym impetem na plecy krzycząc "Zgadnij kto to?".
-DZIECKO DROGIE -krzyknęła babcia, a oczy mało jej nie wypadły z orbit.
Jeszcze tego mi brakowało, aby i babcia chuchała na mnie cokolwiek robię. Rozsiedliśmy się w salonie. Babcia na starym fotelu dziadka, naprzeciwko kanapy, na której usiedliśmy z Hailey. Objąłem ją ramieniem, a po chwili na moje kolana wpakowała się Merry z Hiro pod pachą. Oczywiście nie była by sobą, gdyby nie próbowała zawołać tam jeszcze Lucky'ego, który rozsiadł się przy moich nogach.
-Dobrze widzieć was znowu razem uśmiechniętych bez tych wszystkich szpitalnych ozdób-powiedziała babcia uśmiechając się do nas ciepło.
Hailey?
Subskrybuj:
Posty (Atom)
