niedziela, 31 marca 2019

Od Xaviera cd Lashiti

Pełen napięcia czekałem aż samochód odjedzie obserwując kątem oka chłopaków stojących obok.
-Szkoda by było, gdyby coś się przydarzyło tej ślicznotce -powiedział z lubieżnym uśmiechem.
-Ona jest nietykalna -warknąłem odwracając głowę w jego stronę i zakładając ręce na pierś.
Uśmiechnął się jakby wyczuł, że może mnie tym szantażować i ugrać co tylko chce. Nie doczekanie twoje, kolego.
-Wiesz... Gwarancji nie masz, ale... Jeśli przystaniesz na propozycję z naszej strony nie masz się czego obawiać -powiedział uśmiechając się złośliwie.
Wziąłem głębszy wdech, aby sprawiać chociaż pozory spokoju. Nie wybaczył bym sobie, gdyby zrobili coś komuś przeze mnie. Z drugiej strony, gdyby zrobili coś bez zlecenia przez swojego szefa nie mieli by łatwo... A wygląda na to, że jeszcze nie znają hierarchii w naszym małym "układzie". Na mojej twarzy zagościł kpiący uśmiech. Oj nowe pionki myślące, że stoją przed osobą, która nic nie może są takie zabawne.
-A ty wciąż myślisz, że możesz więcej niż dziwka w burdelu. Przecież ty jesteś tylko sterowaną masą tłuszczu. A teraz zawiń swoją dupę i grzecznie wracaj do swojego pana.
Odwróciłem się z zamiarem odejścia od nich i zajęcia się skończeniem ogarniania papierów, ale w tym momencie jedna pięść trafiła w mój brzuch, aby po chwili trafić prosto w moją twarz.Splunąłem na ziemię krew i zaśmiałem się.
-Oj jeszcze nie wiesz co zrobiłeś compañero -powiedziałem z kpiącym uśmiechem i wróciłem do klubu zatrzaskując drzwi za sobą.
Ruszyłem korytarzem w stronę łazienki zgarniając po drodze apteczkę. Szedłem klnąc pod nosem, przykładając dłoń do krwawiącego nosa. Oczywiście im bardziej, chcesz nie zwrócić na siebie uwagi tym prędzej na kogoś wpadniesz. Już miałem skręcać do łazienki dla pracowników, gdy na zapleczu pojawiła się Tori. Bez słowa podeszła do mnie i zabrała ode mnie apteczkę, po czym weszła ze mną do pomieszczenia. Zaczęła uważnie oglądać mój policzek i nos, a po upewnieniu się, że nie jest złamany zabrała się za opatrywanie.
-Nie żałujesz czasem, że mnie od nich wyrwałeś? -Zapytała starając się oczyścić rozcięcie na policzku i nosie. 
-Nigdy -powiedziałem obserwując ją uważnie. -A skąd te pytanie? Źle ci tu?
-Miałam moment, że było mi źle... Ale w końcu dotarło do mnie, że w twoim słowniku przestał istnieć termin miłość. Przywiązanie, lojalność, może nawet przyjaźń, ale nie miłość... Ciekawe tylko, kiedy poinformujesz o tym tą małą...
Po tym zdaniu zapadła cisza podczas której dokończyła zajmowanie się moją obitą mordą. Podziękowałem jej po czym ruszyłem do biura skończyć porządek z papierologią. Po skończonej robocie zebrałem swoje rzeczy i zamknąłem biuro. Wsiadłem do samochodu i ruszyłem do dziewczyny. Zatrzymałem się pod mieszkaniem Lashi i zgasiłem silnik. Zacząłem się zastanawiać, czy to aby na pewno dobry pomysł.To ostatnia chwila, aby zniknąć z jej życia na dobre. Z drugiej strony, w tej chwili nie dawało mi to gwarancji, że dadzą jej spokój. Spojrzałem w lusterko. No pięknie spuchnięty policzek robił się już siny, a nos przybrał wręcz buraczkowy odcień. No po prostu świetnie. W końcu postanowiłem ruszyć dupę i ruszyłem do mieszkania dziewczyny. Zapukałem do drzwi i czekałem cierpliwie oparty o ścianę.

Lashiti?


Od Tylera cd Isabelli

Westchnąłem cicho, siadając na kanapie i spoglądając na dziewczynę. Było mi naprawdę głupio, a Isabella była dla mnie bardzo ważna, nie mogłem zatem dopuścić do takiego końca, który zawdzięczałem tylko i wyłącznie swojej głupocie.
-Posłuchaj… - zacząłem, na co uniosła głowę i popatrzyła na mnie kpiąco.
-Jakbyś jeszcze nie zdążył zauważyć, to słucham cię cały czas.
-Być może przesadziłem z używkami, ja nie byłem sobą kiedy wykrzyczałem ci to wszystko -westchnąłem.
-Na pewno przesadziłeś – odparła, po jej oczach można było poznać, że ledwo panuje nad sobą, aby się nie rozpłakać.
-Isabella, zależy mi na tobie – oznajmiłem, spoglądając na nią.
-Każdej to mówisz? - zapytała, siląc się na ironiczny uśmiech.
-Słońce, wiesz jak wyglądało moje dotychczasowe życie, choć bardzo się staram to nie jestem w stanie wyprzeć wielu moich niepoprawnych względem ciebie zachowań. To wszystko wynika z tego, do czego przywykłem – stwierdziłem.
Dziewczyna mimo wypowiedzianych przeze mnie słów dalej siedziała w ciszy.Nie byłem w stanie zagwarantować jej wielkiej miłości, bo sam do końca nie wiedziałem i nie rozumiałem tego, co miałem w głowie. Miałem pozytywne nastawienie do tej relacji i chęć rozwijania jej jednak wiedziałem, że nie będzie to proste, choćby ze względu na moje nawyki, czy przyzwyczajenia, które Isabella niekoniecznie będzie rozumieć.
Isabella?

wtorek, 26 marca 2019

Od Alana cd Edwarda

Nowy York — miasto marzeń. Miasto, które uratowało mi życie, otworzyło na nowe możliwości. W końcu do mojego życia wtargnęło trochę szczęścia i dobrego humoru, czułem się też o wiele bezpieczniej i lepiej niż w poprzednim etapie mojego życia. Całe szczęście, że mam to już za sobą...
Jedyne co mi z tamtego życia zostało, to właściwie wkurzający kuzyn, którym muszę się opiekować. Sam nie wiem, co mnie podkusiło, bym się nim opiekował. W prawdzie jesteśmy w Nowym Yorku ledwo od ponad dwóch miesięcy, mimo wszystko nie zbyt oswoiłem się z nowym miejscem. Do tej pory nie rozpoznawałem paru miejsc, nie znałem ponad połowy mapy miasta i ciągle się gubiłem.
Postanowiłem, że przejdę się, skoro i tak miałem wolny dzień, to czemu nie?
Na zewnątrz, pomimo zimy była dość ładna pogoda. Narzuciłem na siebie kurtkę oraz kochany futerał na ukulele, wcisnąłem portfel do kieszeni i wyszedłem z mieszkania. Zakluczyłem drzwi, uprzednie z piętnaście razy sprawdzając, czy aby na pewno dobrze zamknąłem dom, po czym zszedłem cztery piętra w dół, by w końcu wyjść z bloku. W prawdzie mamy windę, chciałem mimo wszystko rozruszać kości. Miałem dość dużą swobodę z rana, gdyż Matthias siedział do jakiejś piętnastej w szkole, a była dopiero dziesiąta. Postanowiłem zajść do pobliskiej kawiarni po coś do picia, szczególnie że ostatnio wzięła mnie porządna chęć na kawę. Wpadłem do pobliskiego zabudowania, sprawnie zamówiłem czarną americano, po czym bez większych ceregieli ruszyłem na spacer do Central Parku.
Ludzi nie było za dużo co było sporym plusem, nigdy nie przepadałem za tłumami — oczywiście nie wliczając w to pracy w klubie. Szedłem właściwie tam gdzie poniosły mnie nogi, co parę minut popijając kawę. Zbliżałem się w stronę altanki, jednak zbytnio zajęty pięknem natury i otoczenia wokoło mnie, wpadłem na osobnika wychodzącego właśnie spod tego zabudowania. Zderzyłem się z nieznajomym i oboje upadliśmy na zimną ziemię. Na moje nieszczęście niedawno kupiona kawa poszła w błoto, na szczęście jednak nie wylała się na mnie. No cóż, czasem tak się dzieje... Usłyszałem niedbałe prychnięcie ze strony nieznajomego, podniosłem się lekko otrzepując tyłek z ziemi.
- Może trochę uważaj, co? - zapytał. Podniosłem oczy, z lekka mu się przyglądając. Dość wysoki, niebieskooki blondyn? Chyba tak można nazwać ten kolor włosów. Ubranie też miał dość eleganckie, do tego towarzyszył mu sporych rozmiarów dalmatyńczyk.
- Może... - wyszczerzyłem się chamsko. - Aczkolwiek obaj powinniśmy uważać, chociaż myślę, że szczęście jest bardziej po mojej stronie. - W odpowiedzi mężczyzna uniósł lekko jedną brew, a ja wskazałem na kawę rozlaną po ziemi, która gdzieniegdzie zabarwiła śnieg na jasny brąz.
- Cóż, bywa. - wzruszył ramionami.
- Byłbym jednak bardziej uszczęśliwiony, gdybyś zadośćuczynił mi tę kawę. - odparłem ze stoickim spokojem.

Edward?

poniedziałek, 25 marca 2019

Od Hailey cd Scotta

Zdziwiły mnie słowa kobiety, a jednocześnie było mi bardzo miło. Na twarzy Scotta widziałam zaskoczenie, które pewnie zdobiło także moją twarz. Resztę dnia spędziliśmy wszyscy razem, siedząc przy kominku i słuchając świątecznych piosenek. Im późniejsza była godzina tym dość liczne grono osób się pomniejszało. W końcu zostaliśmy tylko my i babcia Scotta. Stuknęłam łokciem bok chłopaka i posłałam mu porozumiewawcze spojrzenie, abyśmy także udali się do sypialni. Na szczęście Scott szybko załapał o co mi chodzi.
-My również idziemy już spać – stwierdził - ty też powinnaś babciu.
-O mnie się nie martw, jak widać radzę sobie w życiu – powiedziała i machnęła ręką – dobranoc.
-Dobrej nocy – odparłam, uśmiechając się do niej ciepło.
Scott objął mnie w talii i ruszyliśmy w stronę przydzielonego nam pokoju. Niemal od razu rzuciłam się na łóżko, zmęczenie brało górę.
-Możesz iść się wykąpać pierwszy – oznajmiłam, wzdychając i chowając twarz w poduszkę.
-Tylko mi tu nie zaśnij jeszcze – zaśmiał się i po zabraniu swoich rzeczy zniknął w łazience.
Kolejnego dnia rano obudziłam się przed chłopakiem. Miałam wrażenie, że było tak za każdym razem, kiedy tutaj spaliśmy. Na dole słyszałam krzątanie, dlatego po doprowadzeniu się do stanu używalności, postanowiłam udać się tam. Babcia szykowała właśnie śniadanie.
-Dzień dobry, mam nadzieję, że się wyspałaś – przywitała mnie, uśmiechając się ciepło.
-Dzień dobry. Tak, dobrze spałam – odparłam.
-Scott jak zwykle śpi długo, nic się nie zmienił – westchnęła – czego się napijesz, kawki, herbatki?
-Chętnie skuszę się na herbatkę – uśmiechnęłam się.
Scott?

Od Isabelli cd Tylera

Cały mój poranek wyglądał beznadziejnie. Gdy tylko się obudziłam, wstałam, ubrałam się w jakieś luźne ciuchy, a następnie rozłożyłam się na kanapie i zakryłam kocem. Usłyszałam sygnał dzwonka mojej komórki, lecz domyślałam się, kto mógłby chcieć się teraz ze mną skontaktować. Nie odbierałam, naprawdę nie miałam ochoty na rozmowę. Przewróciłam się na drugi bok, bardziej otulając pomarańczowym materiałem. Po kilkunastu minutach, usłyszałam dźwięk, jakby ktoś pociągnął za klamkę. W pierwszej chwili wystraszyłam się, lecz nie długo zajęło mi, aby wyobrazić sobie osobę po drugiej stronie wejścia.
-Isabella, wiem, że tam jesteś! - Usłyszałam. - Nie mam zamiaru się stąd ruszać, dopóki ze mną nie porozmawiasz, wiem, zje.bałem, ale daj mi się wytłumaczyć.
Łzy mimowolnie zaczęły spływać po moich policzkach. Wstałam powoli i powędrowałam w stronę drzwi, otwierając je niepewnie.
-Przepraszam. - Powiedział skruszonym głosem.
-Myślałam, że przyszedłeś mi powiedzieć o tym, że znalazłeś już nową dziewczynę. Ją też zostawisz po tym, jak ją zaliczysz? Super podejście. - Jeszcze bardziej się rozpłakałam.
-Daj mi to wszystko wytłumaczyć... - Poprosił.
Nie odpowiedziałam mu, po prostu otworzyłam szerzej drzwi i pozwoliłam wejść. Nie wiedziałam, czy robię dobrze, ale nie potrafiłam dłużej trzymać tego wszystkiego w sobie. Usiadłam na jednym z foteli, który znajdował się w salonie i poczekałam, aż blondyn zajmie miejsce na kanapie.
-W takim razie słucham. - Rzekłam.
Naprawdę chciałabym, aby to wszytsko już się skończyło.

Tyler?

Nowy członek!

 https://zycie-w-new-york.blogspot.com/p/alna.html

Alan Winters

Od Edwarda cd Hope

Czekając na odpowiedź dziewczyny, pobiegłem do kuchni i przyniosłem sobie pyszne, wręcz doskonałe, niesamowicie dobre żelki Haribo, które skradły moje serce już na naszym pierwszym spotkaniu – tym bardziej te o smaku i kształcie Coca Coli.
Nie ukrywajmy, że mieszkam w dosyć mały mieszkaniu i dojście do kuchni zajmuje mi mniej niż pięć sekund, toteż do pokoju wróciłem niezwykle szybko. Gdy tylko wróciłem do pokoju, napotkała mnie miła niespodzianka – Lucky położył się na moim telefonie, co uświadomiłem sobie, gdy spod jego brzucha dobiegł do moich uszu charakterystyczny głos – przyszła do mnie nowa wiadomość.
- No już, Lucky, wstawaj! - powiedziałem stanowczym tonem, a dalmatyńczyk chyba zrozumiał, że zależy mi na zobaczeniu wiadomości, gdyż wstał i położył się w innym miejscu. - Dzięki, skarbie.
Szybko odblokowałem telefon i zerknąłem na wiadomość (drogi czytelniku, czytelniczko, literka ”E”, oznacza wiadomość od naszego cudownego Edzia, a ”H” od naszej Hope).

H: Uhm, hej.
E: Jak tam żyjesz?
H: Jakoś. A co u Lucky'ego?

Czytając ostatnią wysłaną wiadomość od Hope, zachichotałem i spojrzałem na leżącego obok mnie dalmatyńczyka.
- Lucky, wiesz, że ktoś prócz mnie się tobą interesuje? - spytałem się psa, na co ten wstał i odwrócił się do mnie tyłem. - Rozumiem, nie masz ochoty na rozmowę.

E: Jakoś. Dzięki za pomoc z wyciągnięciem go z fontanny, ten pieseł jest czasem tak uparty…
H: Aha, aha, spoko. Mam rękę do psów – one do mnie lgną!
E: Widzę, ale nie myśl, że Lucky woli ciebie ode mnie.
H: Pff, tak właśnie myślę.
E: …
H: Żartuję. Jesteś właścicielem, przecież wiadomo, że ciebie kocha najbardziej.
E: Ciepło mi się na serduszku zrobiło.
H: Nie rozczulaj się tak! TO JEST FAKT.
E: Jutro piątek.
H: Masz rację.
E: Nie cieszysz się, że w końcu jest weekend?
H: Lubię szkołę.

Uniosłem brwi, widząc tę wiadomość. Gdy byłem może rok młodszy od Hope, nienawidziłem szkoły. Dopiero później odkryłem w sobie miłość do ślęczenia nad książkami do rana – oczywiście, żartuję.

E: Oho, miło wiedzieć. Może spotkamy się jutro?
Odpowiedzi na to pytanie nie dostałem, brunetka nawet nie odczytała wiadomości. Pewnie rodzice ją zawołali, czy coś, pomyślałem. W końcu ona jest młodsza, więc raczej sama mieszkać nie może. Musiałem ją zrozumieć. Zająłem się swoimi sprawami, a konkretniej oglądaniem filmu pt. ”Titanic”. Niezwykle podobała mi się ta historia, jak i gra aktorska aktorów i miejsce akcji całej opowieści. Nie ukrywajmy, że od zawsze miałem rękę do wody, sportów wodnych i wszystkim, co z tym związane. Nigdy nie odczuwałem strachu do jednego z czterech żywiołów, a wręcz przeciwnie – czułem się w jego pobliżu naprawdę komfortowo i bezpiecznie. Wiele osób porównywało mnie i moją siostrę do wody i ognia. Jesteśmy naprawdę bardzo różni – dwie różne twarze, dwa różne charaktery i zupełnie inne zainteresowania. Madelaine jest osobą o naprawdę ognistym temperamencie i zapale, który potrafię zgasić w jedną sekundę.
Flm skończył się dosyć szybko, mimo że trwał ponad godzinę. W międzyczasie cały czas zerkałem na telefon, by sprawdzić, czy Hope się do mnie nie odezwała – niestety, nic. Gdy tylko wstałem z łóżka, by przejść się do kuchni po kolejną paczkę żelków, usłyszałem swój telefon.
- Wreszcie…- powiedziałem i złapałem za telefon.

H: Przepraszam, że nie odpisywałam. Miałam coś do załatwienia.
E: Spoko. To co, spotkamy się jutro?

Hope? Przepraszam, że tak długo musiałaś czekać :c

czwartek, 14 marca 2019

Od Scotta cd Hailey

Potknąłem się na słowa babci. No tak, zapomniałem, że przed nią się nie ukryje nic, a i ona nie zostawi tego bez słowa. Wypuściłem kota z transportera, a ten ruszył pobiegać po domu..
-Jaka biedna? Sama mnie napastowała -powiedziałem przepuszczając kobiety przodem.
-Już to widzę -mruknęła. -A ty jak się broniłeś... Normalnie okna potłuczone, bo chciałeś przez nie wyskakiwać...
Weszliśmy w głąb domu, gdzie już było widać rewolucje świąteczne wprowadzane przez resztę rodzinki.
-A czy moi w tym roku mają zamiar zaszczycić nas swoją obecnością? -Zapytałem idąc za rękę z Hai do kuchni za kobietą.
Starsza kobieta usiadła i usadziła sobie kota na kolanach wśród oburzonych spojrzeń sióstr mojego brata. Ciotki zaczęły zaraz dyskusję o trzymaniu zwierząt w domu i to jeszcze z małymi dziećmi. Jak to brudzą, śmierdzą i tak dalej. Rozsiedliśmy się naprzeciwko niej. Babcia siedziała wywracając oczami, aż w końcu pokazała język jak mała dziewczynka. Hailey parsknęła śmiechem, krztusząc się przy tym wodą. Hałas wywołał Marry, która wbiegła uradowana do pomieszczenia rzucając się uradowana na mnie i Hailey. Po przywitaniu rozsiadła się bezceremonialnie na moich kolanach.
-Długo macie zamiar zostać? -zapytała ignorując kobiety.
-Wie pani, jak to na święta wszystkich chce się odwiedzić a mało czasu, więc długo tu nie zabawimy -powiedziała blondynka.
-Kochana, owszem możesz mi mówić na pani, ale wolę abyś mówiła do mnie po imieniu lub po prostu babciu -powiedziała mrugając do niej.
Zaskoczyła tym mnie, bo nawet mąż mojej siostry nie miał prawa się tak do niej zwrócić.

Hailey?

niedziela, 10 marca 2019

Od Tylera cd Isabelli

Dziewczyna wyszła, zamknąłem drzwi na klucz i wróciłem do salonu, z którego wyszedłem na balkon i zapaliłem papierosa. Zapowiadały się kolejne, samotne święta. Kiedy ponownie wszedłem do środka i spojrzałem na zegarek, dotarło do mnie jak późno jest. Poszedłem do łazienki wziąć prysznic i udałem się spać. Zaśnięcie nie było mi jednak dane, gdyż byłem strasznie głodny. Wstałem z łóżka i ruszyłem w stronę kuchni, aby znaleźć coś do jedzenia. Kiedy uznałem, że jestem już dostatecznie najedzony wróciłem do łóżka.
Gdy tylko obudziłem się kolejnego dnia dotarło do mnie jaką głupotę zrobiłem. Chciałem zadzwonić do Isabelli, ale nie odbierała ona moich telefonów. Ubrałem się i nie jedząc śniadania wsiadłem w samochód i pojechałem do jej mieszkania. Drzwi były zamknięte na klucz, pozostało mi więc jedynie pukać w nie, licząc że dziewczyna w końcu zdecyduje się ze mną porozmawiać.
-Isabella, wiem, że tam jesteś! - zawołałem, kolejny raz uderzając w drzwi. - Nie mam zamiaru się stąd ruszać, dopóki ze mną nie porozmawiasz, wiem, zje.bałem, ale daj mi się wytłumaczyć.
Po chwili usłyszałem ciche kroki, zmierzające w stronę drzwi, a już za moment otworzyły się przede mną, ukazując zapłakaną dziewczynę. Bardzo zawaliłem, ten widok łamał mi serce, a ja nie wiedziałem, dlaczego byłem tak głupi, żeby mówi jej te wszystkie słowa.
-Przepraszam – powiedziałem cicho, spoglądając na nią skruszonym wzrokiem.
Isabella?

Od Jocelyn cd Antoinette

Weszłam do przyczepy i pierwsze co zrobiłam, to rzuciłam się na łóżko. Byłam zmęczona dniem, co nie znaczy, że chciałam by się skończył. Odkąd żyje na własną rękę moje życie wygląda szaro, a dzięki nowo poznanej dziewczynie zaczęło nabierać kolorów. Dziwne, że znając ją tak krótko, czuję się przy niej tak dobrze. Leżałam na łóżku z uśmiechem na twarzy, ze wzrokiem wlepionym w sufit. Nawet nie wiem kiedy zasnęłam.

-Co tak wcześnie?-zapytał mnie zdziwiony Brandon, widząc mnie wchodzącą za bar.
-Zamiast zadawać głupie pytania, powinieneś mi pogratulować. - uśmiechnęłam się i zabrałam do przecierania szklanek, nucąc sobie coś pod nosem. Sama nie wiedziałam co się ze mną stało, że udało mi się wyrobić na czas do pracy. Może chciałam wreszcie stać się odpowiedzialnym pracownikiem albo liczyłam na przybycie kogoś.
-Widujesz się z kimś. - słowa przyjaciela wytrąciły mnie z zamyślenia.
-Głupi jesteś. - wzruszyłam ramionami.
-Wcale nie moja droga. Chodzisz z głową w chmurach, szczerzysz się sama do siebie i wyglądasz dzisiaj lepiej niż zwykle - skrzyżował ręce i zmierzył mnie wzrokiem.
-Przestań pieprzyć głupoty. - westchnęłam, poprawiając butelki na półkach.
-Dobra, dobra. Ale mam nadzieję, że ją poznam. - powiedział zadowolony.
-A może to facet?
-Czyli faktycznie coś jest na rzeczy! - klasną szczęśliwy w dłonie. Chciałam podburzyć jego pewność siebie, przez co jeszcze bardziej się wpakowałam.
Pierwsi ludzie schodzili się do klubu. Z każdym kolejnym gościem, zerkałam w stronę drzwi frotowych. Cicho liczyłam na to, że dziewczyna pojawi się dzisiaj. Sama nie wiem dlaczego. Może jej towarzystwo dałoby mi trochę rozrywki i odpędziło nachalnych klientów.
Minęło już trochę czasu od mojego przyjścia do pracy. Zdążyłam już stracić nadzieje na pojawienie się Antoinette. Przecież to oczywiste, że ma mnóstwo innych rzeczy do roboty niż łażenie po klubach. Zajęłam się całkowicie pracą, która z każdą minutą coraz bardziej mnie męczyła.
-Jocelyn?-usłyszałam niski, męski głos. Zwróciłam się w stronę usłyszanego głosu.
-Noah! - krzyknęłam widząc starego kolegę. Szybko do niego podbiegłam i rzuciłam mu się na szyję. Ten w odpowiedzi tylko się zaśmiał i odwzajemnił uścisk.
-Dawno się nie widzieliśmy - odparł kiedy odsunęłam się od niego. Wyglądał identycznie, jak sprzed kilku lat. Szeroki, uroczy uśmiech, rozczochrane włosy, niezadbany zarost i podkrążone oczy.
-Dalej w tym siedzisz, prawda?- uśmiech zniknął z mojej twarzy.
-Za to ty trzymasz się świetnie! Pięknie wyglądasz - odgarnął mi włosy z oczu. Spuściłam zawstydzona wzrok. Ten chłopak nigdy nie przestawał mnie podrywać, ale zawsze robił to z wyczuciem i mimo to że nigdy nie byłam nim szczególnie zainteresowana, to szczerze wierzyłam w jego komplementy.
-Napijesz się czegoś?-zapytałam, przerywając tym samym ciszę.
-Nie dziękuję. Mam sprawę - widać było u niego zdenerwowanie. Zakomunikowałam tylko Brandonowi, żeby zajął się sam przez piętnaście minut barem, po czym razem z Noah wyszliśmy bocznym wyjściem by porozmawiać. Ten pierwsze co zrobił po wyjściu, to wyjął skręta i włożył go do ust. Jego ręce tak się trzęsły, że niemal wypadł mu z rąk.
-Mam zajebistą robotę - zaczął. Zaciągnął się dwa razy i podał mi papierosa.
-Skończyłam z tym. Noah, ja mam mieszkanie, zmieniłam towarzystwo, jestem czysta. - wzięłam do ręki skręta i zaciągnęłam się kilka razy.
-No właśnie widzę. - zaśmiał się.
-Oj przecież trawa to nie narkotyk. - zmarszczyłam brwi.
-Dwa tysiące
-Miesięcznie? - zapytałam lekko zszokowana. Taki zarobek byłby dla mnie ratunkiem.
-Tygodniowo - uśmiechnął się
-Tygodniowo?!- wytrzeszczyłam oczy
-Dostajesz towar i masz go sprzedać. Tyle ile ci zostanie, tyle ci potrącają - złapał mnie za dłoń i wsunął do niej woreczek.
-Co ty robisz? Nie zgodziłam się nawet - z podekscytowania, przestałam zwracać uwagę na to, czy podaję chłopakowi skręta i tym samym sama go wypaliłam.
-Wiem, że uratuje ci to dupę, a na ładne oczka, wciśniesz każdemu wszystko. No i pracujesz w klubie. Przecież tu roi się od ćpunów. To co ci dałem to prezent. Ty musisz sprzedać trochę więcej - przekonywał mnie. Chwilę staliśmy w ciszy. Biłam się przez chwilę z myślami. To rozwiązanie naprawdę uratowałoby mi życie i przy okazji oddałabym Antoinette pieniądze.
-Na razie na próbę- odparłam w końcu - Tylko tydzień, później zdecyduje ostatecznie.- dodałam po chwili.
-Świetnie! - uścisnął moje ramie. Wyjął z plecaka szmacianą torbę, w której wiedziałam dokładnie co się znajduje.
-Ale to oddaje. Nie biorę tego gówna. - skierowałam w jego stronę rękę.
-Najwyżej komuś opchniesz. Na koszt firmy. Poza tym prezentów się nie oddaje - wzruszył ramionami. - Będę się zbierał, ale miło było cie widzieć. A no i widzimy się za tydzień. - dodał i poszedł w swoją stronę, a ja zostałam z torbą narkotyków przed klubem, w którym pracuję. Weszłam z powrotem do środka. Muzyka rozbrzmiewała o wiele wyraźniej niż wcześniej, a ja tym samym czułam, że to miejsce staje się piękniejsze, co znaczy, że trawa zaczęła oddziaływać na mój umysł. Rozejrzałam się dookoła i już miałam ruszyć z powrotem za bar kiedy usłyszałam za sobą znajomy głos.
-Co za przypadek. - to był głos Antoinette. Uśmiechnęłam się, ale gdy tylko zwróciłam się w jej stronę, powstrzymałam go.
-Faktycznie. Zaraz pomyślę, że mnie śledzisz. - zmrużyłam oczy i uśmiechnęłam się. Ruszyłam w stronę baru. Chciałam jak najszybciej schować tę torbę, by nikt jej nie zauważył. Czułam jednak, że dziewczyna podąża za mną. Przyśpieszyłam więc kroku i gdy tylko znalazłam się za barem, sięgnęłam do plecaka, do którego schowałam torbę. Antoinette stanęła po drugiej stronie.
-Przypomniało mi się o naszym zakładzie i postanowiłam przyjść. - powiedziała.
-Nie musisz się tłumaczyć. - uśmiechnęłam się. Czułam jak moje powieki stają się coraz cięższe. - Masz szczęście, że mam wspaniałego przyjaciela, który pozwoli mi się zwolnić. - powiedziałam to na tyle głośno, by ten usłyszał, że chodzi o niego.
-No nie wiem. - pojawił się chwilę później, tak jak przypuszczałam. Ze skupieniem obserwował Antoinette przez dłuższą chwilę.
-Ładniutka i wygląda na porządną. Dobrze, że w końcu znalazłaś kogoś przyzwoitego, a nie jakąś patologię. - spojrzał się na mnie.
-Daj spokój. To koleżanka i nie rób mi wstydu. Zajmij się wszystkim i już. - wzięłam plecak oraz kurtkę.
-Zmieńmy lokal, bo tutaj nie dam rady wypić ani jednego drinka. - powiedziałam, spławiając tym samym przyjaciela.

Antoinette?