wtorek, 29 stycznia 2019

Od Jocelyn

Zgarnęłam ze stołu telefon, klucze i wybiegłam z przyczepy. Jak zwykle wychodzę zbyt późno. Chyba nigdy nie nauczę się odpowiedzialności. Zamknęłam drzwi a, kluczyki schowałam do kieszeni wraz z telefonem. Złapałam szybko za rower i ruszyłam przed siebie. I za każdym razem to samo. Spóźniona Jocelyn, ubrana w dość wyzywający strój, przemierza ulice, by jak najszybciej dostać się do klubu nocnego. Dość komiczna sytuacja. Droga na szczęście była pusta, więc szybko pokonywałam drogę do klubu. Poczułam wibracje w prawej kieszeni spodni, gdzie schowany był telefon. Odebranie w tym momencie bardzo by mnie opóźniło, więc nie zwróciłam na to uwagi, tylko dalej jechałam przed siebie. Wibracje w końcu ustały, a ja musiałam zjechać na chodnik. Im bliżej centrum, tym więcej samochodów, a ja nie miałam czasu, by je wszystkie wymijać i uważać, by przypadkowo któregoś nie zarysować.
Kiedy byłam już prawie na miejscu, telefon znów zaczął wibrować. Poddenerwowana, starałam się go wyjąć z kieszeni spodni, tym samym kontrolując to, co dzieje się przede mną. Zwolniłam nieco ponieważ do mojego miejsca docelowego pozostało jakieś sto metrów. Nie mogłam sobie poradzić z wyciągnięciem telefonu. Nawet tak prosta czynność sprawia mi problem.
-Cholerny telefon-mruknęłam sama do siebie i spuściłam głowę, co było bardzo złą decyzją, bo w tym samym momencie poczułam gwałtowne uderzenie i upadłam z hukiem na ziemię. Przez chwilowe zamroczenie miałam kłopot ze wstaniem. Wściekła otrzepałam ubrania i podniosłam rower. Dopiero w tym momencie zauważyłam leżący na ziemi, zbity telefon. Chyba mam już dość jak na jeden dzień.
-Jeszcze tego mi brakowało-znów powiedziałam sama do siebie - Naucz się chodzić i nie toruj drogi-rzuciłam oschle nie spoglądając w stronę potrąconej osoby. Ruszyłam przed siebie. Tym razem postanowiłam już prowadzić rower. Klub był tuż za rogiem, a nie chciałam znów turlać się po chodniku.
Weszłam do środka zdenerwowana. Panował półmrok, a ja przeciskałam się między spoconymi facetami, by dostać się za baru.
-Gdzie ty byłaś? Dzwoniłem do ciebie?-usłyszałam głos Brandona.
-Coś mi wypadło-wzruszyłam ramionami i weszłam za bar.
-Boże! Kochanie co ci się stało?-spojrzał na mnie. No tak. Nie pomyślałam o tym, że mogę teraz wyglądać, jakbym wyszłam z jakiegoś gęstego lasu. Chłopak wytarł mi twarz szmatą - No od razu lepiej-powiedział zadowolony. Sięgnęłam do kieszeni, by sprawdzić stan mojego telefonu. Całe szczęście działał, ale ekran jest do wymiany. Świetnie kolejne wydatki. Sięgnęłam do drugiej kieszeni gdzie powinny znajdować się klucze. Była ona jednak pusta, co znaczy, że mam kolejny problem.
-Dwa razy czystą-usłyszałam czyjś głos, który na chwilę odciągnął mnie od moich zmartwień. Od razu zabrałam się za zamówienie, zastanawiając się nad tym jak dostanę się dziś do domu. Podałam zamówienie i uśmiechnęłam się do klienta. Mój uśmiech szybko zniknął z mojej twarzy, gdy zorientowałam się, że osobą której podałam kieliszki jest uczestnik wypadku,który miał miejsce zaledwie kilka minut temu.

Ktoś?

Od Xaviera

Podniosłem się z kanapy leniwym ruchem, odkładając książkę na pobliski stolik. Zbliżała się osiemnasta godzina dnia, który jest chyba ulubionym dniem każdego pracującego człowieka. Piątek. Dla mnie również był to najlepszy czas, gdyż każdy po trudnym tygodniu chciał się rozerwać, więc gdzie się wybierał? Oczywiście do klubów, co oznaczało nie mały zysk. Złapałem smycz, którą zapiąłem ją Joker'owi, aby wyprowadzić go jeszcze przed moim wyjściem. Szybka runda dokoła bloku, podczas której zapaliłem papierosa. Nic tak człowieka nie odpręża niż dym papierosowy. Wróciłem do mieszkania, gdzie spuściłem psa, sprawdzając czy ma pełne miski. Złapałem kluczyki od samochodu i ruszyłem do klubu. Wchodząc kiwnąłem do ochroniarza udając się się prosto do mojego biura. Rozsiadłem się wygodnie w fotelu przeglądając stertę papierów na biurku, w tym odpowiedzi na ogłoszenie w sprawie pracy. Od czasu do czasu wyglądałem, jak się ma sytuacja w klubie, wiedząc, że spokój w końcu musi zostać zakłócony.. W końcu koło dwudziestej drugiej rozległo się pukanie i przyszedł Mack.
-Słuchaj mógłbyś pomóc? Nie dajemy już rady z Ronem -powiedział drapiąc się po głowie.
-Aż taki ruch? -Zdziwiłem się podnosząc wzrok znad przelewów.
-Aż tak... Chyba cały akademik się wybrał świętować -mruknął.
Rozejrzałem się po pomieszczeniu po czym podniosłem się podwijając rękawy. Wyszedłem za chłopakiem i ruszyłem w stronę tłumu przy barze. Faktycznie, wyglądało na to, że sporo ludzi postanowiło tego dnia zaszaleć i uczcić zdane egzaminy. Biorąc pod uwagę, że za parę minut skończy się mecz na pobliskim stadionie jesteśmy w głębokiej dupie. Stanąłem za barem przyjmując zamówienia. W pewnym momencie do baru podeszła jakaś blond włosa dziewczyna.
-Nieletnich nie obsługujemy -podziałem zanim cokolwiek zdążyła powiedzieć.
-Oj nie wygłupiaj się -powiedziała racząc mnie nie winnym uśmiechem. -Jakoś nikt nigdy na to nie zwraca uwagi. Poza tym ja jestem pełnoletnia.
W tym momencie przede mnie, a dziewczynę wpadł Ron. Poinformował mnie, że jakiś koleś chce się ze mną widzieć. Spojrzałem na mężczyznę stojącego przy schodach prowadzących do mojego biura. Kiwnąłem głową i odszedłem zostawiając po drodze ścierkę. Był to miejscowy diler, a jednocześnie mój dobry znajomy. Jak zwykle szukał meliny do handlu... Chociaż właśnie wyszedł po odsiedzeniu wyroku za kradzież, a nie za posiadanie i handel prochami. Ten to nie lubi spokoju w życiu. Pogadaliśmy chwilę, aż udzieliłem mu zgodę na handel za klubem, nie na widoku, zastrzegając, że w razie czego nie będę mu ratować dupy. W końcu wyszedłem z biura i ruszyłem w stronę wyjścia w celu zapalenia, aż tu nagle coś zwróciło moją uwagę. Zauważyłem tę dziewczynę, którą napastował sporo większy od niej facet. Nachalnie i za wszelką cenę próbował ją pocałować przyszpilając ją do ściany. Niestety mała, nie miała na tyle siły by mu uciec. Ruszyłem w ich stronę i odciągnąłem go od niej.
-Nie widzisz, że dziewczyna nie jest tobą zainteresowana? -Warknąłem do niego. Biła od niego spora woń alkoholu.
-Po prostu nie wie co traci -odparł próbując wyrwać ramię.
-Panu już dziękujemy. Rick -zawołałem do przechodzącego niedaleko ochroniarza- pokaż panu gdzie jest wyjście.
Mężczyzna zaciągnął go w stronę wyjścia. Odwróciłem się do dziewczyny.
-Nic ci nie zrobił?

Dziewczyno?

Od Scotta cd Hailey

 -No tak ty możesz sobie żartować, że nie zauważyłaś, a ja miałem lekkie zdziwionko jak wyjrzałem przez okno -zaśmiałem się.
-Oj tam, pół roku czy to dużo -powiedziała z sarkazmem. -Nie no, ale tak serio to fatalna ta droga.
-Z ostatniej chwili! Jak co roku zima zaskoczyła drogowców. Nikt nie spodziewał się w grudniu śniegu. Za chwilę połączymy się ze zdruzgotanym mieszkańcem Wywalonych Dolnych, który rano wyszedł w klapkach i było mu zimno -powiedziałem w międzyczasie wystukując rytm piosenki z radia o drzwi.
Po około godzinie byliśmy już w Nowym Jorku. Oczywiście najwięcej czasu zajęło nam znalezienie miejsca parkingowego pod blokiem. Kiedy już je znaleźliśmy wyciągnąłem psy z samochodu i zabrałem transporter z śpiącym kotem. Wróciliśmy do mieszkania, gdzie ogarnęliśmy szybki obiad. Po skończonym posiłku, zostałem wygoniony od szklanych rzeczy, aby "zmniejszyć ilość ofiar". Rozwaliłem się na kanapie wracając do porannych przeglądań stron z opiniami na temat zabiegu ręki, ale jeszcze szybciej to skończyłem widząc coraz mniej optymistyczne rzeczy. Nigdy nie szukaj informacji na ten temat w internecie. Nigdy.
-A ty nad czym znowu tak rozmyślasz. Ostatnio nic innego nie robisz tylko myślisz, po takiej przerwie zaraz ci się styki w mózgu przegrzeją -powiedziała szturchając mnie, abym się przesunął. -Co ci tak nie daje spać i odwraca uwagę ode mnie. I nie mów, że mi się wydaje!
Odsunąłem się robiąc jej miejsce, a ona położyła się obok mnie, kładąc głowę na mojej klatce.
-Jestem dość monotematyczny ostatnio -powiedziałem obejmując ją. -Muszę spotkać się z Sofii i wyjaśnić kilka kwestii...Na przykład co właściwie planuje i jak to teraz widzi. Czy ma zamiar chociaż raz ponieść konsekwencje swoich czynów, czy jak zwykle niech inni się martwią...
-A na kiedy planujesz tę jakże wesołą rozmowę? -Zapytała skubiąc moją koszulkę i poważniejąc.
-Jeszcze nie wiem-przyznałem szczerze, bawiąc się pasmem je włosów.- Ale za nim spotkam się z nią, chcę wiedzieć co ty o tym wszystkim myślisz? Bo wiesz, że ja tego nie zostawię i ponownie wywrócę nasze życie o sto osiemdziesiąt stopni. Pytanie tylko, czy jesteś pewna że chcesz się w to wpakować...

Hailey? 

Od Tylera cd Isabelli

Wysiadłem z samochodu, jedynie uśmiechając się do staruszki. Zona oczywiście musiała na mnie warknąć, kiedy wyciągnąłem rękę w stronę dziewczyny, aby pomóc jej wstać. Dziewczyna niechętnie ujęła moją dłoń i podniosła się z ziemi.
-Mogę ją już od pani przejąć – stwierdziła dziewczyna, zabierając od kobiety smycz – I jeszcze raz dziękuję za opiekę nad nią.
-Nie ma problemu – powiedziała – miłego dnia!
-Odprowadzę cię, zwłaszcza, że krew nadal leci ci z nosa – westchnąłem.
-Nie musisz -odparła.
-Owszem, muszę.
-Nie, nie musisz.
-Nie marudź – syknąłem, łapiąc jej rękę i ciągnąc za sobą do środka.
Po kilku minutach byliśmy w środku, pies niemal od razu rzucił się na kanapę i bawił się swoją zabawką. Ja natomiast spojrzałem na dziewczynę i i jej wciąż krwawiący nos. Zdjąłem buty i poczekałem, aż zrobi to samo i zdejmie kurtkę.
-Lepiej usiądź – powiedziałem, szukając wzrokiem chusteczek.
W końcu postanowiłem iść do łazienki, gdzie tak jak się spodziewałem, znalazłem chusteczki. Kiedy wróciłem, Isabella siedziała z głowa odchyloną w tył.
-Nie, nie, nie, nie do tyłu – zawołałem, podbiegając do niej i przechylając jej głowę w przód – Trzymaj – mruknąłem, podając jej chusteczkę.
Ukucnąłem przy krześle, na którym siedziała i położyłem dłoń na jej kolanie. Po kilku minutach krew faktycznie przestała lecieć.
-Już nie leci, teraz możesz wracać do siebie i zająć się swoimi sprawami – oznajmiła.
-Przestań – powiedziałem,
-Co?
-Być taka. - wzruszyłem ramionami.
-To znaczy jaka? Bo to ty tutaj zachowujesz się jak dupek – zawołała, a w jej oczach powoli zaczynały gromadzić się łzy.
Westchnąłem cicho i spojrzałem na nią.
-Masz rację, jestem dupkiem – odrzekłem.
Isabella?

Od Hailey cd Scotta

-W pełni się z panią zgadzam. Zwłaszcza, że teraz pewna osobistość już nie może nas tak bezkarnie nachodzić – powiedziałam, śmiejąc się.
-Ta głupia krowa i tak znajdzie sposób – westchnęła kobieta – może zrobię wam herbaty, jest tak zimno…
-Ja bardzo chętnie – oznajmiłam.
-Też poproszę – odparł Scott.
-Babciu, babciu! Mi też zrób – zawołała Merry, dosłownie zbiegając z kolan Scotta i ruszając w pogoń za kobietą.
Oboje zaśmialiśmy się na ten widok, dziewczynka była przeurocza, a przy tym tak żywiołowa. Ciągle brakowało mi Nali, dopiero po dłuższej chwili dostrzegłam ją leżącą przy kominku i wygrzewającą się w bijącym od niego cieple.
-Znowu obrażona? - spytałam, dźgając Scotta w bok, aby zwrócić jego uwagę.
-Jak widać, przejdzie jej jak usłyszy, że wracamy do domu -stwierdził, głaszcząc Lucky’ego po głowie.
W tej chwili do salonu wróciła babcia z Merry, niosąc tackę z kubkami, które aż po brzegi wypełnione były herbatą. Każde z nas wzięło sobie po jednym z nich. Mimo że panowało tu ogólne ciepło, dopiero po napiciu się herbaty, poczułam się w pełni dobrze. Mała Merry obrażona na Hiro, który w pełni zajął kolana Scotta, władowała się na kolana babci.
-Dziecko drogie, uprzedzaj, bo na zawał zejdę – zawołała kobieta, wywołując tym samym u nas śmiech.
-Wracacie dziś do siebie? - spytała dziewczynka.
-Tak, mamy jeszcze sporo spraw w mieście do załatwienia – uśmiechnęłam się do niej.
-Szkoda – jęknęła.
Niecałą godzinę później udało nam się zapakować wraz ze zwierzakami do mojego samochodu.
-Miły dzień – stwierdziłam.
-Jak to odwiedziny u babci – zaśmiał się chłopak.
Włączyłam radio, ponieważ nie lubiłam jeździć w ciszy i powoli ruszyłam.
-Ślisko jest – westchnęłam.
-Jest zima – odparł chłopak.
-Serio? Nie zauważyłam – zaśmiałam się.
Scott?

Od Isabelli cd Tylera

Po usłyszeniu odpowiedzi umilkłam, odwróciłam się w stronę szyby i siedziałam cicho. Nie chciałam wiedzieć, o czym myśli teraz chłopak, wolałam dać mu chwilę ochłonąć. Przypatrywałam się mijanym znakom i co chwila zerkałam kątem oka na chłopaka, który był zajęty prowadzeniem. Westchnęłam głośno, a po dłuższej chwili oglądania bezlistnych drzew, usnęłam.

~~~

Obudziłam się przez jeden z gwałtowniejszych skrętów, przywalając głową w szybę. Cóż, zderzenie nie było zbyt przyjemne, ale nie poniosłam żadnych większych obrażeń. Rozejrzałam się dookoła i zauważyłam, że już powoli dojeżdżamy do mojego mieszkania. Przetarłam rękawem oczy, które cały czas domagały się snu, lecz nim ponownie zasnęłam poczułam, jak coś kapie mi z nosa. Z początku myślałam, że się przeziębiłam, lecz gdy spojrzałam w dół, zauważyłam czerwone plamy. Delikatnie dotknęłam palcem rynienki podnosowej, a po chwili byłam już pewna, że najzwyczajniej w świecie leci mi krew z nosa. Wytarłam cienki strumyczek krwi dłonią i siedziałam cicho, aby Tyler się nie zorientował. Niestety ninją nie zostanę, gdyż blondyn od razu się zorientował i kątem oka spojrzał na mnie, nadal skupiając się jednak na drodze. Zatrzymaliśmy się na jednym z miejsc parkingowych, a chłopak od razu odwrócił się w moją stronę.
-Co się stało? - Zapytał po chwili.
-Nic. Tak jakoś wyszło. - Wzruszyłam ramionami. -Możemy już jechać? - Zadałam pytanie.
Chłopak jedynie westchnął i ponownie włączył się do ruchu. "Podróż" nie trwała długo, bo zaledwie kilka minut, lecz okres ten dłużył mi się w nieskończoność. Gdy tylko wysiadłam z samochodu, jakaś wielka kudłata bestia zaczęła biec w moją stronę. Nim się zorientowałam, co to za pies, leżałam na ziemi z wylizywaną twarzą przez Zonę. Suczka radośnie merdała ogonem i poszczekiwała, co jakiś czas, a ja cieszyłam się, że znów przy niej jestem.
-Isabella? - Usłyszałam głos staruszki.
-Dzień dobry. - Powiedziałam szybko do sąsiadki, które zajmowała się moją futrzastą przyjaciółką podczas mojej nieobecności.
-Dzień dobry, dzień dobry. Właśnie wyszłyśmy na spacer. Zona chciała się wybiegać, a mi spacer dobrze zrobi. - Odpowiedziała.

Tyler?

Nowy członek!


Patrick Hastings

poniedziałek, 28 stycznia 2019

Od Scotta cd Hailey

-Jeśli masz ochotę to możemy pojechać -powiedziałem, całując ją w czubek głowy. -Tylko, chociaż moja męska duma mocno na tym ucierpi powiem to... Ty prowadzisz. Żarty żartami, ale to byłoby już skrajnie nieodpowiedzialne.
-No to postanowione. To w takim razie idę się ogarnąć i jedziemy -powiedziała, po czym podnosząc się pocałowała mnie krótko w usta.
Hailey poszła się ogarnąć a ja poszedłem wygrzebać parę starych kocy do samochodu, aby po wizycie futrzaków wciąż się nadawał do użytku. Około godzinny później siedzieliśmy już w samochodzie jadąc w tak lubiane prze zemnie miejsce. Całą drogę powstrzymywałem się od typowego męskiego gadania pod ogólnym tytułem ''No jak ty jedziesz kobieto", obserwując świat za oknem. Dość dziwne uczucie kiedy ostatnie co pamiętasz to ciepłe dni, a tu budzisz się ośnieżonym świecie. I zostaje ci świadomość zmarnowanego pół roku życia. I zamiast wyjaśnienia pewnych spraw powstanie nowych, z którymi trzeba się zmierzyć. I co czeka mnie w bardzo niedalekiej przyszłości. Jakoś wciąż do mnie  nie docierało, że zostanę ojcem, w dodatku przez taką głupotę i to nie do końca moją.Ponowna wywrotka życiowa o sto osiemdziesiąt stopni. W dodatku czekała mnie poważna rozmowa z Sofii, którą odwlekam jak tylko się daje. Ale nie da się tego robić w nieskończoność...
Gdy tylko zajechaliśmy przywitało nas donośne szczekanie. Kiedy tylko wysiedliśmy z samochodu, znad jednej z zasp wyłoniła się psia mordka. Lucky widząc mnie, nie czekając na nic ruszył przez śnieg prosto w moją stronę. Oczywiście po co oszczędzić właściciela i zahamować, jak lepiej na pełnej prędkości wpaść na mnie, co zakończyło się bliskim spotkaniem moich czterech liter z podłożem. Całe szczęście udało unikać kolejnego narażenia mojej głowy. Pies nie wiele się przejmując ruszył do dalszych prób polizania mnie po twarzy, nie zwracając dużej uwagi na Hailey, która próbowała go odciągnąć. W końcu udało jej się odgonić go na tyle, aby mógł się podnieść. Pogłaskałem psa, który przez całą drogę od samochodu do schodków krążył wokół nas jak nakręcony.
-Co za durny zwierzak -powiedziała babcia, gdy udało nam się podejść do ganku.- A tu jeszcze nie odśnieżone, bo jak dziesięć razy powtórzyłam to wciąż za mało. Darmozjady jeban...
-Cześć babciu, ciebie też miło widzieć -zaśmiałem się przytulając ją do siebie.
-A czy ja mówię, że nie miło was widzieć -powiedziała odsuwając się ode mnie i przyciągając do siebie Hailey. Spojrzała na mnie krytycznym wzrokiem po czym dodała -Do środka ty tysiąc nieszczęść, za nim jeszcze się przeziębisz. Bo znając ciebie to i tak jesteś nie do wytrzymania...
Przepuściłem dziewczynę w drzwiach po czym wszedłem za nią zamykając drzwi. Kiedy ściągałem buty zostałem zaatakowany przez roześmianą Merry, która rzuciła mi się pełnym impetem na plecy krzycząc "Zgadnij kto to?".
-DZIECKO DROGIE -krzyknęła babcia, a oczy mało jej nie wypadły z orbit.
Jeszcze tego mi brakowało, aby i babcia chuchała na mnie cokolwiek robię. Rozsiedliśmy się w salonie. Babcia na starym fotelu dziadka, naprzeciwko kanapy, na której usiedliśmy z Hailey. Objąłem ją ramieniem, a po chwili na moje kolana wpakowała się Merry z Hiro pod pachą. Oczywiście nie była by sobą, gdyby nie próbowała zawołać tam jeszcze Lucky'ego, który rozsiadł się przy moich nogach.
-Dobrze widzieć was znowu razem uśmiechniętych bez tych wszystkich szpitalnych ozdób-powiedziała babcia uśmiechając się do nas ciepło.

Hailey?

Nowy członek!


Jocelyn Marshall

Od Tylera cd Isabelli

Spojrzałem na wtuloną we mnie dziewczynę, po czym przytuliłem ją do siebie jeszcze bardziej. Czułem łady zapach jej włosów, które delikatnie gładziłem. Długo rozmyślałem jeszcze o powrocie do miasta, wolałem nie stawiać już Isabelli w takiej sytuacji. Ciągle mam przed sobą jej przestraszona minę, kiedy znalazła broń w moim samochodzie. Moje myśli finalnie doprowadziły mnie do snu.
Kiedy się obudziłem, dziewczyna wciąż spała, wtulona we mnie. Uśmiechnąłem się na ten widok i spojrzałem w okno. Trenton dopiero budziło się do życia, a niebo było fioletoworóżowe, musiało być więc jeszcze wcześnie.
-Nie śpisz już? - zapytała nagle dziewczyna.
-Obudziłem się przed chwilą – oznajmiłem, spoglądając na nią.
-Ładne niebo – stwierdziła.
-Mhm – mruknąłem, podnosząc się nieznacznie i będąc teraz nad dziewczyną.
Isabella spojrzała mi w oczy, a ja zbliżyłem swoją twarz do jej, a następnie delikatnie całując w usta. Dziewczyna oddała mój pocałunek.
-Chodźmy na śniadanie, a później wracamy do miasta – powiedziałem stanowczo, po czym podniosłem się do pozycji siedzącej, zostawiając dziewczynę lekko zdezorientowaną.
Ubrałem swoje spodnie leżące na fotelu i czarną bluzę.
-Możesz zostawić sobie koszulkę póki co, mam jeszcze bluzę – oznajmiłem, przekładając materiał przez głowę.
-Dzięki – powiedziała, uważnie mi się przyglądając, jednak to przemilczałem.
Po zjedzonym śniadaniu zabraliśmy wszystkie swoje rzeczy z pokoju i udaliśmy się do samochodu.
Auto było wychłodzone po całonocnym staniu na parkingu. Pośpiesznie odpaliłem silnik, aby jak najszybciej zrobiło się ciepło.
-Na fotelu, po prawej stronie, niżej masz grzanie fotela, włącz sobie bo mi zmarzniesz – powiedziałem – a no i jeszcze zapnij pasy, mała.
Od kilkunastu minut jechaliśmy w ciszy, aż w końcu dziewczyna przemówiła.
-Wyjaśnisz mi może co tak właściwie miało wczoraj miejsce? - spytała, a w jej głosie słychać było strach.
-Isabella, to nie jest twoja sprawa. Ty jesteś bezpieczna i nic ci nie grozi, więc nie wtrącaj się -odparłem nerwowo.
-Jak mam się nie wtrącać, kiedy bez słowa wyjaśnienia nagle wywozisz mnie poza miasto, znajduję u ciebie broń i do cholery nie wiem o co tu chodzi – zawołała, a po jej policzkach zaczęły spływać łzy.
-Uspokój się, mówię ci, że jesteś bezpieczna i masz się tym nie przejmować – warknąłem, przyśpieszając nieco.
Isabella?