Kolejny nudny dzień. Jest sobota i całe szczęście dzień wcześniej
poprosiłem o wolne, więc wolne świętować mogłem zaraz po wstaniu z
łóżka. Wstałem koło godziny dziewiątej, uprzednie upewniając się, że
Matthias jeszcze śpi. Nie chciałem go budzić wiedząc, że zawracałby mi
głowę. Na szczęście spał głębokim snem, mogłem więc wyjść do parku albo
do kawiarni.
Fakt faktem, że dość dawno nie grałem na gitarze, dodatkowo przydałoby
się trochę kasy. Wziąłem swoją trochę już starą gitarę, narzuciłem na
siebie kurtkę, włożyłem buty i wyszedłem z mieszkania. Klucze odrobinę
się zacinały podczas zamykania, muszę pamiętać o wymianie zamka, bo
kiedyś utknę we własnym mieszkaniu. Oszczędziłem sobie czekania na
windę, zszedłem więc cztery piętra w dół po czym wyszedłem z bloku. Z
piętnaście minut zajęło mi dotarcie do Central Parku, ludzi nie było
dość sporo, miałem jednak nadzieję, że uda mi się coś zarobić.
Upatrzyłem sobie idealne miejsce, tuż pod fontanną. Rozłożyłem futerał,
sprawnie też nastroiłem gitarę. Postanowiłem, że zagram Lost on you —
LP. Powoli zacząłem wygrywać odpowiednie akordy wpasowując w to słowa.
~When you get older, plainer, saner
Will you remember all the danger
We came from?
Burning like embers, falling, tender
Longing for the days of no surrender
Years ago
And will you know?~
Pierwsza zwrotka minęła, kątem oka zauważyłem kilka drobnych monet w
futerale i parę dzieciaków słuchających mojego śpiewu. Niby nic, jednak
czego się spodziewam. Nie jestem żaden Justin Bieber itp.
~So smoke 'em if you got 'em
'Cause it's going down
All I ever wanted was you
I'll never get to heaven
'Cause I don't know how
Let's raise a glass or two
To all the things I've lost on you
Oh-oh
Tell me are they lost on you?
Oh-oh
Just that you could cut me loose
Oh-oh
After everything I've lost on you
Is that lost on you?~
Kompletnie zatraciłem się muzyce i dopiero po skończeniu całej piosenki
zauważyłem, że jakaś młoda brunetka przygląda mi się od dłuższego czasu.
Uśmiechnąłem się lekko w jej stronę, gdy ta podeszła do mnie i
powiedziała:
-
Hope?
poniedziałek, 1 kwietnia 2019
Od Scotta cd Hailey
Z błogiej krainy snu wyrwał mnie pisk i coś ciężkiego co
wylądowało prosto na moim brzuchu. Zerwałem się jak oparzony, a moim oczom
ukazała się zadowolona twarzyczka mojej siostrzenicy.
-Wujek wstawaj, bo babcia powiedziała, że jeśli pośpisz
jeszcze trochę to dostaniesz do jedzenia jedynie siano -powiedziała szczerząc
się jak największe zło tego świata, po czym wybiegła z pokoju.
Zwlekałem się niechętnie z łóżka i zgarnąłem swoje ciuchy.
Ogarnąłem się szybko, ogoliłem i przebrałem się w wybrane ciuchy. Zwlekałem się
na dół, do kuchni, gdzie zgromadził się prawie cały obecny pierwiastek żeński.
Wchodząc rzuciłem jedynie:
-Witam szanowne damy -a moje kroki skierowałem prosto do Hai,
całując ją na przywitanie.
Wysunąłem krzesło obok niej i rozsiadłem się na nim,
opierając jedną rękę o krzesło dziewczyny.
-No kogoż to moje ślepe oczy widzą -rzuciła sarkastycznie
babcia.- Królewicz zwlókł swój ciężki zad.
Podniosła się od stołu i przechodząc obok mnie zdzieliła
mnie ścierką przez czuprynę.
-Z małą pomocą -powiedziałem wypinając język do Marry.
Dziewczynka wyszczerzyła się dumna ze swojego czynu wśród
śmiechu kobiet.
-Za karę zabierzesz swojego szwagra i pójdziecie do sąsiada,
bo dzwonił, że ma dla nas żywą choinkę. Więc przywleczecie ją tu-powiedziała stawiając
przede mną talerz ze śniadaniem.- A my z dziewczynami skończymy szykować
jedzenie. A i twoi rodzice będą wieczorem i nawet wypuścili z kliniki.
-No to super-powiedziałem biorąc się za jedzenie.
Hailey?
niedziela, 31 marca 2019
Od Xaviera cd Lashiti
Pełen napięcia czekałem aż samochód odjedzie obserwując kątem oka chłopaków stojących obok.
-Szkoda by było, gdyby coś się przydarzyło tej ślicznotce -powiedział z lubieżnym uśmiechem.
-Ona jest nietykalna -warknąłem odwracając głowę w jego stronę i zakładając ręce na pierś.
Uśmiechnął się jakby wyczuł, że może mnie tym szantażować i ugrać co tylko chce. Nie doczekanie twoje, kolego.
-Wiesz... Gwarancji nie masz, ale... Jeśli przystaniesz na propozycję z naszej strony nie masz się czego obawiać -powiedział uśmiechając się złośliwie.
Wziąłem głębszy wdech, aby sprawiać chociaż pozory spokoju. Nie wybaczył bym sobie, gdyby zrobili coś komuś przeze mnie. Z drugiej strony, gdyby zrobili coś bez zlecenia przez swojego szefa nie mieli by łatwo... A wygląda na to, że jeszcze nie znają hierarchii w naszym małym "układzie". Na mojej twarzy zagościł kpiący uśmiech. Oj nowe pionki myślące, że stoją przed osobą, która nic nie może są takie zabawne.
-A ty wciąż myślisz, że możesz więcej niż dziwka w burdelu. Przecież ty jesteś tylko sterowaną masą tłuszczu. A teraz zawiń swoją dupę i grzecznie wracaj do swojego pana.
Odwróciłem się z zamiarem odejścia od nich i zajęcia się skończeniem ogarniania papierów, ale w tym momencie jedna pięść trafiła w mój brzuch, aby po chwili trafić prosto w moją twarz.Splunąłem na ziemię krew i zaśmiałem się.
-Oj jeszcze nie wiesz co zrobiłeś compañero -powiedziałem z kpiącym uśmiechem i wróciłem do klubu zatrzaskując drzwi za sobą.
Ruszyłem korytarzem w stronę łazienki zgarniając po drodze apteczkę. Szedłem klnąc pod nosem, przykładając dłoń do krwawiącego nosa. Oczywiście im bardziej, chcesz nie zwrócić na siebie uwagi tym prędzej na kogoś wpadniesz. Już miałem skręcać do łazienki dla pracowników, gdy na zapleczu pojawiła się Tori. Bez słowa podeszła do mnie i zabrała ode mnie apteczkę, po czym weszła ze mną do pomieszczenia. Zaczęła uważnie oglądać mój policzek i nos, a po upewnieniu się, że nie jest złamany zabrała się za opatrywanie.
-Nie żałujesz czasem, że mnie od nich wyrwałeś? -Zapytała starając się oczyścić rozcięcie na policzku i nosie.
-Nigdy -powiedziałem obserwując ją uważnie. -A skąd te pytanie? Źle ci tu?
-Miałam moment, że było mi źle... Ale w końcu dotarło do mnie, że w twoim słowniku przestał istnieć termin miłość. Przywiązanie, lojalność, może nawet przyjaźń, ale nie miłość... Ciekawe tylko, kiedy poinformujesz o tym tą małą...
Po tym zdaniu zapadła cisza podczas której dokończyła zajmowanie się moją obitą mordą. Podziękowałem jej po czym ruszyłem do biura skończyć porządek z papierologią. Po skończonej robocie zebrałem swoje rzeczy i zamknąłem biuro. Wsiadłem do samochodu i ruszyłem do dziewczyny. Zatrzymałem się pod mieszkaniem Lashi i zgasiłem silnik. Zacząłem się zastanawiać, czy to aby na pewno dobry pomysł.To ostatnia chwila, aby zniknąć z jej życia na dobre. Z drugiej strony, w tej chwili nie dawało mi to gwarancji, że dadzą jej spokój. Spojrzałem w lusterko. No pięknie spuchnięty policzek robił się już siny, a nos przybrał wręcz buraczkowy odcień. No po prostu świetnie. W końcu postanowiłem ruszyć dupę i ruszyłem do mieszkania dziewczyny. Zapukałem do drzwi i czekałem cierpliwie oparty o ścianę.
Lashiti?
-Szkoda by było, gdyby coś się przydarzyło tej ślicznotce -powiedział z lubieżnym uśmiechem.
-Ona jest nietykalna -warknąłem odwracając głowę w jego stronę i zakładając ręce na pierś.
Uśmiechnął się jakby wyczuł, że może mnie tym szantażować i ugrać co tylko chce. Nie doczekanie twoje, kolego.
-Wiesz... Gwarancji nie masz, ale... Jeśli przystaniesz na propozycję z naszej strony nie masz się czego obawiać -powiedział uśmiechając się złośliwie.
Wziąłem głębszy wdech, aby sprawiać chociaż pozory spokoju. Nie wybaczył bym sobie, gdyby zrobili coś komuś przeze mnie. Z drugiej strony, gdyby zrobili coś bez zlecenia przez swojego szefa nie mieli by łatwo... A wygląda na to, że jeszcze nie znają hierarchii w naszym małym "układzie". Na mojej twarzy zagościł kpiący uśmiech. Oj nowe pionki myślące, że stoją przed osobą, która nic nie może są takie zabawne.
-A ty wciąż myślisz, że możesz więcej niż dziwka w burdelu. Przecież ty jesteś tylko sterowaną masą tłuszczu. A teraz zawiń swoją dupę i grzecznie wracaj do swojego pana.
Odwróciłem się z zamiarem odejścia od nich i zajęcia się skończeniem ogarniania papierów, ale w tym momencie jedna pięść trafiła w mój brzuch, aby po chwili trafić prosto w moją twarz.Splunąłem na ziemię krew i zaśmiałem się.
-Oj jeszcze nie wiesz co zrobiłeś compañero -powiedziałem z kpiącym uśmiechem i wróciłem do klubu zatrzaskując drzwi za sobą.
Ruszyłem korytarzem w stronę łazienki zgarniając po drodze apteczkę. Szedłem klnąc pod nosem, przykładając dłoń do krwawiącego nosa. Oczywiście im bardziej, chcesz nie zwrócić na siebie uwagi tym prędzej na kogoś wpadniesz. Już miałem skręcać do łazienki dla pracowników, gdy na zapleczu pojawiła się Tori. Bez słowa podeszła do mnie i zabrała ode mnie apteczkę, po czym weszła ze mną do pomieszczenia. Zaczęła uważnie oglądać mój policzek i nos, a po upewnieniu się, że nie jest złamany zabrała się za opatrywanie.
-Nie żałujesz czasem, że mnie od nich wyrwałeś? -Zapytała starając się oczyścić rozcięcie na policzku i nosie.
-Nigdy -powiedziałem obserwując ją uważnie. -A skąd te pytanie? Źle ci tu?
-Miałam moment, że było mi źle... Ale w końcu dotarło do mnie, że w twoim słowniku przestał istnieć termin miłość. Przywiązanie, lojalność, może nawet przyjaźń, ale nie miłość... Ciekawe tylko, kiedy poinformujesz o tym tą małą...
Po tym zdaniu zapadła cisza podczas której dokończyła zajmowanie się moją obitą mordą. Podziękowałem jej po czym ruszyłem do biura skończyć porządek z papierologią. Po skończonej robocie zebrałem swoje rzeczy i zamknąłem biuro. Wsiadłem do samochodu i ruszyłem do dziewczyny. Zatrzymałem się pod mieszkaniem Lashi i zgasiłem silnik. Zacząłem się zastanawiać, czy to aby na pewno dobry pomysł.To ostatnia chwila, aby zniknąć z jej życia na dobre. Z drugiej strony, w tej chwili nie dawało mi to gwarancji, że dadzą jej spokój. Spojrzałem w lusterko. No pięknie spuchnięty policzek robił się już siny, a nos przybrał wręcz buraczkowy odcień. No po prostu świetnie. W końcu postanowiłem ruszyć dupę i ruszyłem do mieszkania dziewczyny. Zapukałem do drzwi i czekałem cierpliwie oparty o ścianę.
Lashiti?
Od Tylera cd Isabelli
Westchnąłem cicho, siadając na kanapie i spoglądając na dziewczynę. Było
mi naprawdę głupio, a Isabella była dla mnie bardzo ważna, nie mogłem
zatem dopuścić do takiego końca, który zawdzięczałem tylko i wyłącznie
swojej głupocie.
-Posłuchaj… - zacząłem, na co uniosła głowę i popatrzyła na mnie kpiąco.
-Jakbyś jeszcze nie zdążył zauważyć, to słucham cię cały czas.
-Być może przesadziłem z używkami, ja nie byłem sobą kiedy wykrzyczałem ci to wszystko -westchnąłem.
-Na pewno przesadziłeś – odparła, po jej oczach można było poznać, że ledwo panuje nad sobą, aby się nie rozpłakać.
-Isabella, zależy mi na tobie – oznajmiłem, spoglądając na nią.
-Każdej to mówisz? - zapytała, siląc się na ironiczny uśmiech.
-Słońce, wiesz jak wyglądało moje dotychczasowe życie, choć bardzo się staram to nie jestem w stanie wyprzeć wielu moich niepoprawnych względem ciebie zachowań. To wszystko wynika z tego, do czego przywykłem – stwierdziłem.
Dziewczyna mimo wypowiedzianych przeze mnie słów dalej siedziała w ciszy.Nie byłem w stanie zagwarantować jej wielkiej miłości, bo sam do końca nie wiedziałem i nie rozumiałem tego, co miałem w głowie. Miałem pozytywne nastawienie do tej relacji i chęć rozwijania jej jednak wiedziałem, że nie będzie to proste, choćby ze względu na moje nawyki, czy przyzwyczajenia, które Isabella niekoniecznie będzie rozumieć.
Isabella?
-Posłuchaj… - zacząłem, na co uniosła głowę i popatrzyła na mnie kpiąco.
-Jakbyś jeszcze nie zdążył zauważyć, to słucham cię cały czas.
-Być może przesadziłem z używkami, ja nie byłem sobą kiedy wykrzyczałem ci to wszystko -westchnąłem.
-Na pewno przesadziłeś – odparła, po jej oczach można było poznać, że ledwo panuje nad sobą, aby się nie rozpłakać.
-Isabella, zależy mi na tobie – oznajmiłem, spoglądając na nią.
-Każdej to mówisz? - zapytała, siląc się na ironiczny uśmiech.
-Słońce, wiesz jak wyglądało moje dotychczasowe życie, choć bardzo się staram to nie jestem w stanie wyprzeć wielu moich niepoprawnych względem ciebie zachowań. To wszystko wynika z tego, do czego przywykłem – stwierdziłem.
Dziewczyna mimo wypowiedzianych przeze mnie słów dalej siedziała w ciszy.Nie byłem w stanie zagwarantować jej wielkiej miłości, bo sam do końca nie wiedziałem i nie rozumiałem tego, co miałem w głowie. Miałem pozytywne nastawienie do tej relacji i chęć rozwijania jej jednak wiedziałem, że nie będzie to proste, choćby ze względu na moje nawyki, czy przyzwyczajenia, które Isabella niekoniecznie będzie rozumieć.
Isabella?
wtorek, 26 marca 2019
Od Alana cd Edwarda
Nowy York — miasto marzeń. Miasto, które uratowało mi życie, otworzyło
na nowe możliwości. W końcu do mojego życia wtargnęło trochę szczęścia i
dobrego humoru, czułem się też o wiele bezpieczniej i lepiej niż w
poprzednim etapie mojego życia. Całe szczęście, że mam to już za sobą...
Jedyne co mi z tamtego życia zostało, to właściwie wkurzający kuzyn, którym muszę się opiekować. Sam nie wiem, co mnie podkusiło, bym się nim opiekował. W prawdzie jesteśmy w Nowym Yorku ledwo od ponad dwóch miesięcy, mimo wszystko nie zbyt oswoiłem się z nowym miejscem. Do tej pory nie rozpoznawałem paru miejsc, nie znałem ponad połowy mapy miasta i ciągle się gubiłem.
Postanowiłem, że przejdę się, skoro i tak miałem wolny dzień, to czemu nie?
Na zewnątrz, pomimo zimy była dość ładna pogoda. Narzuciłem na siebie kurtkę oraz kochany futerał na ukulele, wcisnąłem portfel do kieszeni i wyszedłem z mieszkania. Zakluczyłem drzwi, uprzednie z piętnaście razy sprawdzając, czy aby na pewno dobrze zamknąłem dom, po czym zszedłem cztery piętra w dół, by w końcu wyjść z bloku. W prawdzie mamy windę, chciałem mimo wszystko rozruszać kości. Miałem dość dużą swobodę z rana, gdyż Matthias siedział do jakiejś piętnastej w szkole, a była dopiero dziesiąta. Postanowiłem zajść do pobliskiej kawiarni po coś do picia, szczególnie że ostatnio wzięła mnie porządna chęć na kawę. Wpadłem do pobliskiego zabudowania, sprawnie zamówiłem czarną americano, po czym bez większych ceregieli ruszyłem na spacer do Central Parku.
Ludzi nie było za dużo co było sporym plusem, nigdy nie przepadałem za tłumami — oczywiście nie wliczając w to pracy w klubie. Szedłem właściwie tam gdzie poniosły mnie nogi, co parę minut popijając kawę. Zbliżałem się w stronę altanki, jednak zbytnio zajęty pięknem natury i otoczenia wokoło mnie, wpadłem na osobnika wychodzącego właśnie spod tego zabudowania. Zderzyłem się z nieznajomym i oboje upadliśmy na zimną ziemię. Na moje nieszczęście niedawno kupiona kawa poszła w błoto, na szczęście jednak nie wylała się na mnie. No cóż, czasem tak się dzieje... Usłyszałem niedbałe prychnięcie ze strony nieznajomego, podniosłem się lekko otrzepując tyłek z ziemi.
- Może trochę uważaj, co? - zapytał. Podniosłem oczy, z lekka mu się przyglądając. Dość wysoki, niebieskooki blondyn? Chyba tak można nazwać ten kolor włosów. Ubranie też miał dość eleganckie, do tego towarzyszył mu sporych rozmiarów dalmatyńczyk.
- Może... - wyszczerzyłem się chamsko. - Aczkolwiek obaj powinniśmy uważać, chociaż myślę, że szczęście jest bardziej po mojej stronie. - W odpowiedzi mężczyzna uniósł lekko jedną brew, a ja wskazałem na kawę rozlaną po ziemi, która gdzieniegdzie zabarwiła śnieg na jasny brąz.
- Cóż, bywa. - wzruszył ramionami.
- Byłbym jednak bardziej uszczęśliwiony, gdybyś zadośćuczynił mi tę kawę. - odparłem ze stoickim spokojem.
Edward?
Jedyne co mi z tamtego życia zostało, to właściwie wkurzający kuzyn, którym muszę się opiekować. Sam nie wiem, co mnie podkusiło, bym się nim opiekował. W prawdzie jesteśmy w Nowym Yorku ledwo od ponad dwóch miesięcy, mimo wszystko nie zbyt oswoiłem się z nowym miejscem. Do tej pory nie rozpoznawałem paru miejsc, nie znałem ponad połowy mapy miasta i ciągle się gubiłem.
Postanowiłem, że przejdę się, skoro i tak miałem wolny dzień, to czemu nie?
Na zewnątrz, pomimo zimy była dość ładna pogoda. Narzuciłem na siebie kurtkę oraz kochany futerał na ukulele, wcisnąłem portfel do kieszeni i wyszedłem z mieszkania. Zakluczyłem drzwi, uprzednie z piętnaście razy sprawdzając, czy aby na pewno dobrze zamknąłem dom, po czym zszedłem cztery piętra w dół, by w końcu wyjść z bloku. W prawdzie mamy windę, chciałem mimo wszystko rozruszać kości. Miałem dość dużą swobodę z rana, gdyż Matthias siedział do jakiejś piętnastej w szkole, a była dopiero dziesiąta. Postanowiłem zajść do pobliskiej kawiarni po coś do picia, szczególnie że ostatnio wzięła mnie porządna chęć na kawę. Wpadłem do pobliskiego zabudowania, sprawnie zamówiłem czarną americano, po czym bez większych ceregieli ruszyłem na spacer do Central Parku.
Ludzi nie było za dużo co było sporym plusem, nigdy nie przepadałem za tłumami — oczywiście nie wliczając w to pracy w klubie. Szedłem właściwie tam gdzie poniosły mnie nogi, co parę minut popijając kawę. Zbliżałem się w stronę altanki, jednak zbytnio zajęty pięknem natury i otoczenia wokoło mnie, wpadłem na osobnika wychodzącego właśnie spod tego zabudowania. Zderzyłem się z nieznajomym i oboje upadliśmy na zimną ziemię. Na moje nieszczęście niedawno kupiona kawa poszła w błoto, na szczęście jednak nie wylała się na mnie. No cóż, czasem tak się dzieje... Usłyszałem niedbałe prychnięcie ze strony nieznajomego, podniosłem się lekko otrzepując tyłek z ziemi.
- Może trochę uważaj, co? - zapytał. Podniosłem oczy, z lekka mu się przyglądając. Dość wysoki, niebieskooki blondyn? Chyba tak można nazwać ten kolor włosów. Ubranie też miał dość eleganckie, do tego towarzyszył mu sporych rozmiarów dalmatyńczyk.
- Może... - wyszczerzyłem się chamsko. - Aczkolwiek obaj powinniśmy uważać, chociaż myślę, że szczęście jest bardziej po mojej stronie. - W odpowiedzi mężczyzna uniósł lekko jedną brew, a ja wskazałem na kawę rozlaną po ziemi, która gdzieniegdzie zabarwiła śnieg na jasny brąz.
- Cóż, bywa. - wzruszył ramionami.
- Byłbym jednak bardziej uszczęśliwiony, gdybyś zadośćuczynił mi tę kawę. - odparłem ze stoickim spokojem.
Edward?
poniedziałek, 25 marca 2019
Od Hailey cd Scotta
Zdziwiły mnie słowa kobiety, a jednocześnie było mi bardzo miło. Na
twarzy Scotta widziałam zaskoczenie, które pewnie zdobiło także moją
twarz. Resztę dnia spędziliśmy wszyscy razem, siedząc przy kominku i
słuchając świątecznych piosenek. Im późniejsza była godzina tym dość
liczne grono osób się pomniejszało. W końcu zostaliśmy tylko my i babcia
Scotta. Stuknęłam łokciem bok chłopaka i posłałam mu porozumiewawcze
spojrzenie, abyśmy także udali się do sypialni. Na szczęście Scott
szybko załapał o co mi chodzi.
-My również idziemy już spać – stwierdził - ty też powinnaś babciu.
-O mnie się nie martw, jak widać radzę sobie w życiu – powiedziała i machnęła ręką – dobranoc.
-Dobrej nocy – odparłam, uśmiechając się do niej ciepło.
Scott objął mnie w talii i ruszyliśmy w stronę przydzielonego nam pokoju. Niemal od razu rzuciłam się na łóżko, zmęczenie brało górę.
-Możesz iść się wykąpać pierwszy – oznajmiłam, wzdychając i chowając twarz w poduszkę.
-Tylko mi tu nie zaśnij jeszcze – zaśmiał się i po zabraniu swoich rzeczy zniknął w łazience.
Kolejnego dnia rano obudziłam się przed chłopakiem. Miałam wrażenie, że było tak za każdym razem, kiedy tutaj spaliśmy. Na dole słyszałam krzątanie, dlatego po doprowadzeniu się do stanu używalności, postanowiłam udać się tam. Babcia szykowała właśnie śniadanie.
-Dzień dobry, mam nadzieję, że się wyspałaś – przywitała mnie, uśmiechając się ciepło.
-Dzień dobry. Tak, dobrze spałam – odparłam.
-Scott jak zwykle śpi długo, nic się nie zmienił – westchnęła – czego się napijesz, kawki, herbatki?
-Chętnie skuszę się na herbatkę – uśmiechnęłam się.
Scott?
-My również idziemy już spać – stwierdził - ty też powinnaś babciu.
-O mnie się nie martw, jak widać radzę sobie w życiu – powiedziała i machnęła ręką – dobranoc.
-Dobrej nocy – odparłam, uśmiechając się do niej ciepło.
Scott objął mnie w talii i ruszyliśmy w stronę przydzielonego nam pokoju. Niemal od razu rzuciłam się na łóżko, zmęczenie brało górę.
-Możesz iść się wykąpać pierwszy – oznajmiłam, wzdychając i chowając twarz w poduszkę.
-Tylko mi tu nie zaśnij jeszcze – zaśmiał się i po zabraniu swoich rzeczy zniknął w łazience.
Kolejnego dnia rano obudziłam się przed chłopakiem. Miałam wrażenie, że było tak za każdym razem, kiedy tutaj spaliśmy. Na dole słyszałam krzątanie, dlatego po doprowadzeniu się do stanu używalności, postanowiłam udać się tam. Babcia szykowała właśnie śniadanie.
-Dzień dobry, mam nadzieję, że się wyspałaś – przywitała mnie, uśmiechając się ciepło.
-Dzień dobry. Tak, dobrze spałam – odparłam.
-Scott jak zwykle śpi długo, nic się nie zmienił – westchnęła – czego się napijesz, kawki, herbatki?
-Chętnie skuszę się na herbatkę – uśmiechnęłam się.
Scott?
Od Isabelli cd Tylera
Cały mój poranek wyglądał beznadziejnie. Gdy tylko się obudziłam,
wstałam, ubrałam się w jakieś luźne ciuchy, a następnie rozłożyłam się
na kanapie i zakryłam kocem. Usłyszałam sygnał dzwonka mojej komórki,
lecz domyślałam się, kto mógłby chcieć się teraz ze mną skontaktować.
Nie odbierałam, naprawdę nie miałam ochoty na rozmowę. Przewróciłam się
na drugi bok, bardziej otulając pomarańczowym materiałem. Po kilkunastu
minutach, usłyszałam dźwięk, jakby ktoś pociągnął za klamkę. W pierwszej
chwili wystraszyłam się, lecz nie długo zajęło mi, aby wyobrazić sobie
osobę po drugiej stronie wejścia.
-Isabella, wiem, że tam jesteś! - Usłyszałam. - Nie mam zamiaru się stąd ruszać, dopóki ze mną nie porozmawiasz, wiem, zje.bałem, ale daj mi się wytłumaczyć.
Łzy mimowolnie zaczęły spływać po moich policzkach. Wstałam powoli i powędrowałam w stronę drzwi, otwierając je niepewnie.
-Przepraszam. - Powiedział skruszonym głosem.
-Myślałam, że przyszedłeś mi powiedzieć o tym, że znalazłeś już nową dziewczynę. Ją też zostawisz po tym, jak ją zaliczysz? Super podejście. - Jeszcze bardziej się rozpłakałam.
-Daj mi to wszystko wytłumaczyć... - Poprosił.
Nie odpowiedziałam mu, po prostu otworzyłam szerzej drzwi i pozwoliłam wejść. Nie wiedziałam, czy robię dobrze, ale nie potrafiłam dłużej trzymać tego wszystkiego w sobie. Usiadłam na jednym z foteli, który znajdował się w salonie i poczekałam, aż blondyn zajmie miejsce na kanapie.
-W takim razie słucham. - Rzekłam.
Naprawdę chciałabym, aby to wszytsko już się skończyło.
Tyler?
-Isabella, wiem, że tam jesteś! - Usłyszałam. - Nie mam zamiaru się stąd ruszać, dopóki ze mną nie porozmawiasz, wiem, zje.bałem, ale daj mi się wytłumaczyć.
Łzy mimowolnie zaczęły spływać po moich policzkach. Wstałam powoli i powędrowałam w stronę drzwi, otwierając je niepewnie.
-Przepraszam. - Powiedział skruszonym głosem.
-Myślałam, że przyszedłeś mi powiedzieć o tym, że znalazłeś już nową dziewczynę. Ją też zostawisz po tym, jak ją zaliczysz? Super podejście. - Jeszcze bardziej się rozpłakałam.
-Daj mi to wszystko wytłumaczyć... - Poprosił.
Nie odpowiedziałam mu, po prostu otworzyłam szerzej drzwi i pozwoliłam wejść. Nie wiedziałam, czy robię dobrze, ale nie potrafiłam dłużej trzymać tego wszystkiego w sobie. Usiadłam na jednym z foteli, który znajdował się w salonie i poczekałam, aż blondyn zajmie miejsce na kanapie.
-W takim razie słucham. - Rzekłam.
Naprawdę chciałabym, aby to wszytsko już się skończyło.
Tyler?
Od Edwarda cd Hope
Czekając na odpowiedź dziewczyny, pobiegłem do kuchni i przyniosłem
sobie pyszne, wręcz doskonałe, niesamowicie dobre żelki Haribo, które
skradły moje serce już na naszym pierwszym spotkaniu – tym bardziej te o
smaku i kształcie Coca Coli.
Nie ukrywajmy, że mieszkam w dosyć mały mieszkaniu i dojście do kuchni zajmuje mi mniej niż pięć sekund, toteż do pokoju wróciłem niezwykle szybko. Gdy tylko wróciłem do pokoju, napotkała mnie miła niespodzianka – Lucky położył się na moim telefonie, co uświadomiłem sobie, gdy spod jego brzucha dobiegł do moich uszu charakterystyczny głos – przyszła do mnie nowa wiadomość.
- No już, Lucky, wstawaj! - powiedziałem stanowczym tonem, a dalmatyńczyk chyba zrozumiał, że zależy mi na zobaczeniu wiadomości, gdyż wstał i położył się w innym miejscu. - Dzięki, skarbie.
Szybko odblokowałem telefon i zerknąłem na wiadomość (drogi czytelniku, czytelniczko, literka ”E”, oznacza wiadomość od naszego cudownego Edzia, a ”H” od naszej Hope).
H: Uhm, hej.
E: Jak tam żyjesz?
H: Jakoś. A co u Lucky'ego?
Czytając ostatnią wysłaną wiadomość od Hope, zachichotałem i spojrzałem na leżącego obok mnie dalmatyńczyka.
- Lucky, wiesz, że ktoś prócz mnie się tobą interesuje? - spytałem się psa, na co ten wstał i odwrócił się do mnie tyłem. - Rozumiem, nie masz ochoty na rozmowę.
E: Jakoś. Dzięki za pomoc z wyciągnięciem go z fontanny, ten pieseł jest czasem tak uparty…
H: Aha, aha, spoko. Mam rękę do psów – one do mnie lgną!
E: Widzę, ale nie myśl, że Lucky woli ciebie ode mnie.
H: Pff, tak właśnie myślę.
E: …
H: Żartuję. Jesteś właścicielem, przecież wiadomo, że ciebie kocha najbardziej.
E: Ciepło mi się na serduszku zrobiło.
H: Nie rozczulaj się tak! TO JEST FAKT.
E: Jutro piątek.
H: Masz rację.
E: Nie cieszysz się, że w końcu jest weekend?
H: Lubię szkołę.
Uniosłem brwi, widząc tę wiadomość. Gdy byłem może rok młodszy od Hope, nienawidziłem szkoły. Dopiero później odkryłem w sobie miłość do ślęczenia nad książkami do rana – oczywiście, żartuję.
E: Oho, miło wiedzieć. Może spotkamy się jutro?
Odpowiedzi na to pytanie nie dostałem, brunetka nawet nie odczytała wiadomości. Pewnie rodzice ją zawołali, czy coś, pomyślałem. W końcu ona jest młodsza, więc raczej sama mieszkać nie może. Musiałem ją zrozumieć. Zająłem się swoimi sprawami, a konkretniej oglądaniem filmu pt. ”Titanic”. Niezwykle podobała mi się ta historia, jak i gra aktorska aktorów i miejsce akcji całej opowieści. Nie ukrywajmy, że od zawsze miałem rękę do wody, sportów wodnych i wszystkim, co z tym związane. Nigdy nie odczuwałem strachu do jednego z czterech żywiołów, a wręcz przeciwnie – czułem się w jego pobliżu naprawdę komfortowo i bezpiecznie. Wiele osób porównywało mnie i moją siostrę do wody i ognia. Jesteśmy naprawdę bardzo różni – dwie różne twarze, dwa różne charaktery i zupełnie inne zainteresowania. Madelaine jest osobą o naprawdę ognistym temperamencie i zapale, który potrafię zgasić w jedną sekundę.
Flm skończył się dosyć szybko, mimo że trwał ponad godzinę. W międzyczasie cały czas zerkałem na telefon, by sprawdzić, czy Hope się do mnie nie odezwała – niestety, nic. Gdy tylko wstałem z łóżka, by przejść się do kuchni po kolejną paczkę żelków, usłyszałem swój telefon.
- Wreszcie…- powiedziałem i złapałem za telefon.
H: Przepraszam, że nie odpisywałam. Miałam coś do załatwienia.
E: Spoko. To co, spotkamy się jutro?
Hope? Przepraszam, że tak długo musiałaś czekać :c
Nie ukrywajmy, że mieszkam w dosyć mały mieszkaniu i dojście do kuchni zajmuje mi mniej niż pięć sekund, toteż do pokoju wróciłem niezwykle szybko. Gdy tylko wróciłem do pokoju, napotkała mnie miła niespodzianka – Lucky położył się na moim telefonie, co uświadomiłem sobie, gdy spod jego brzucha dobiegł do moich uszu charakterystyczny głos – przyszła do mnie nowa wiadomość.
- No już, Lucky, wstawaj! - powiedziałem stanowczym tonem, a dalmatyńczyk chyba zrozumiał, że zależy mi na zobaczeniu wiadomości, gdyż wstał i położył się w innym miejscu. - Dzięki, skarbie.
Szybko odblokowałem telefon i zerknąłem na wiadomość (drogi czytelniku, czytelniczko, literka ”E”, oznacza wiadomość od naszego cudownego Edzia, a ”H” od naszej Hope).
H: Uhm, hej.
E: Jak tam żyjesz?
H: Jakoś. A co u Lucky'ego?
Czytając ostatnią wysłaną wiadomość od Hope, zachichotałem i spojrzałem na leżącego obok mnie dalmatyńczyka.
- Lucky, wiesz, że ktoś prócz mnie się tobą interesuje? - spytałem się psa, na co ten wstał i odwrócił się do mnie tyłem. - Rozumiem, nie masz ochoty na rozmowę.
E: Jakoś. Dzięki za pomoc z wyciągnięciem go z fontanny, ten pieseł jest czasem tak uparty…
H: Aha, aha, spoko. Mam rękę do psów – one do mnie lgną!
E: Widzę, ale nie myśl, że Lucky woli ciebie ode mnie.
H: Pff, tak właśnie myślę.
E: …
H: Żartuję. Jesteś właścicielem, przecież wiadomo, że ciebie kocha najbardziej.
E: Ciepło mi się na serduszku zrobiło.
H: Nie rozczulaj się tak! TO JEST FAKT.
E: Jutro piątek.
H: Masz rację.
E: Nie cieszysz się, że w końcu jest weekend?
H: Lubię szkołę.
Uniosłem brwi, widząc tę wiadomość. Gdy byłem może rok młodszy od Hope, nienawidziłem szkoły. Dopiero później odkryłem w sobie miłość do ślęczenia nad książkami do rana – oczywiście, żartuję.
E: Oho, miło wiedzieć. Może spotkamy się jutro?
Odpowiedzi na to pytanie nie dostałem, brunetka nawet nie odczytała wiadomości. Pewnie rodzice ją zawołali, czy coś, pomyślałem. W końcu ona jest młodsza, więc raczej sama mieszkać nie może. Musiałem ją zrozumieć. Zająłem się swoimi sprawami, a konkretniej oglądaniem filmu pt. ”Titanic”. Niezwykle podobała mi się ta historia, jak i gra aktorska aktorów i miejsce akcji całej opowieści. Nie ukrywajmy, że od zawsze miałem rękę do wody, sportów wodnych i wszystkim, co z tym związane. Nigdy nie odczuwałem strachu do jednego z czterech żywiołów, a wręcz przeciwnie – czułem się w jego pobliżu naprawdę komfortowo i bezpiecznie. Wiele osób porównywało mnie i moją siostrę do wody i ognia. Jesteśmy naprawdę bardzo różni – dwie różne twarze, dwa różne charaktery i zupełnie inne zainteresowania. Madelaine jest osobą o naprawdę ognistym temperamencie i zapale, który potrafię zgasić w jedną sekundę.
Flm skończył się dosyć szybko, mimo że trwał ponad godzinę. W międzyczasie cały czas zerkałem na telefon, by sprawdzić, czy Hope się do mnie nie odezwała – niestety, nic. Gdy tylko wstałem z łóżka, by przejść się do kuchni po kolejną paczkę żelków, usłyszałem swój telefon.
- Wreszcie…- powiedziałem i złapałem za telefon.
H: Przepraszam, że nie odpisywałam. Miałam coś do załatwienia.
E: Spoko. To co, spotkamy się jutro?
Hope? Przepraszam, że tak długo musiałaś czekać :c
czwartek, 14 marca 2019
Od Scotta cd Hailey
Potknąłem się na słowa babci. No tak, zapomniałem, że przed nią się nie ukryje nic, a i ona nie zostawi tego bez słowa. Wypuściłem kota z transportera, a ten ruszył pobiegać po domu..
-Jaka biedna? Sama mnie napastowała -powiedziałem przepuszczając kobiety przodem.
-Już to widzę -mruknęła. -A ty jak się broniłeś... Normalnie okna potłuczone, bo chciałeś przez nie wyskakiwać...
Weszliśmy w głąb domu, gdzie już było widać rewolucje świąteczne wprowadzane przez resztę rodzinki.
-A czy moi w tym roku mają zamiar zaszczycić nas swoją obecnością? -Zapytałem idąc za rękę z Hai do kuchni za kobietą.
Starsza kobieta usiadła i usadziła sobie kota na kolanach wśród oburzonych spojrzeń sióstr mojego brata. Ciotki zaczęły zaraz dyskusję o trzymaniu zwierząt w domu i to jeszcze z małymi dziećmi. Jak to brudzą, śmierdzą i tak dalej. Rozsiedliśmy się naprzeciwko niej. Babcia siedziała wywracając oczami, aż w końcu pokazała język jak mała dziewczynka. Hailey parsknęła śmiechem, krztusząc się przy tym wodą. Hałas wywołał Marry, która wbiegła uradowana do pomieszczenia rzucając się uradowana na mnie i Hailey. Po przywitaniu rozsiadła się bezceremonialnie na moich kolanach.
-Długo macie zamiar zostać? -zapytała ignorując kobiety.
-Wie pani, jak to na święta wszystkich chce się odwiedzić a mało czasu, więc długo tu nie zabawimy -powiedziała blondynka.
-Kochana, owszem możesz mi mówić na pani, ale wolę abyś mówiła do mnie po imieniu lub po prostu babciu -powiedziała mrugając do niej.
Zaskoczyła tym mnie, bo nawet mąż mojej siostry nie miał prawa się tak do niej zwrócić.
Hailey?
-Jaka biedna? Sama mnie napastowała -powiedziałem przepuszczając kobiety przodem.
-Już to widzę -mruknęła. -A ty jak się broniłeś... Normalnie okna potłuczone, bo chciałeś przez nie wyskakiwać...
Weszliśmy w głąb domu, gdzie już było widać rewolucje świąteczne wprowadzane przez resztę rodzinki.
-A czy moi w tym roku mają zamiar zaszczycić nas swoją obecnością? -Zapytałem idąc za rękę z Hai do kuchni za kobietą.
Starsza kobieta usiadła i usadziła sobie kota na kolanach wśród oburzonych spojrzeń sióstr mojego brata. Ciotki zaczęły zaraz dyskusję o trzymaniu zwierząt w domu i to jeszcze z małymi dziećmi. Jak to brudzą, śmierdzą i tak dalej. Rozsiedliśmy się naprzeciwko niej. Babcia siedziała wywracając oczami, aż w końcu pokazała język jak mała dziewczynka. Hailey parsknęła śmiechem, krztusząc się przy tym wodą. Hałas wywołał Marry, która wbiegła uradowana do pomieszczenia rzucając się uradowana na mnie i Hailey. Po przywitaniu rozsiadła się bezceremonialnie na moich kolanach.
-Długo macie zamiar zostać? -zapytała ignorując kobiety.
-Wie pani, jak to na święta wszystkich chce się odwiedzić a mało czasu, więc długo tu nie zabawimy -powiedziała blondynka.
-Kochana, owszem możesz mi mówić na pani, ale wolę abyś mówiła do mnie po imieniu lub po prostu babciu -powiedziała mrugając do niej.
Zaskoczyła tym mnie, bo nawet mąż mojej siostry nie miał prawa się tak do niej zwrócić.
Hailey?
Subskrybuj:
Posty (Atom)

