Zaśmiałem się pod nosem, kiedy dziewczyna ruszyła w kierunku swojego
uniwersytetu. Ponownie wsadziłem w uzy swoje słuchawki i ruszyłem w
stronę swojego miejsca pracy. Szedłem szybkim krokiem, gdyż mój czas
wciąż się skracał, a miałem umówiony tatuaż za pół godziny. Wkrótce
byłem już na miejscu. Dzień minął mi przyjemnie, choć miałem za sobą
robienie dość ciężkiego tatuażu, ze względu na jego rozbudowanie i ilość
szczegółów. Czekała mnie teraz kolejna podróż do autobusem. Tym razem
ciężko było o miejsce siedzące, dlatego stałem, stosunkowo blisko drzwi.
Choć jechałem sporą ilość przystanków, wolałem nie pchać się między
tłum ludzi, bijących się o wolne miejsce. Nie wiem, co pokusiło mnie o
pojechanie dziś komunikacją miejską, zamiast autem. Właśnie teraz
przypominałem sobie, jak bardzo oblegana jest ta linia o tej porze. Po
jakimś czasie wreszcie dotarłem do domu, gdzie postanowiłem zaparzyć
sobie herbatę, gdyż dzisiejsza pogoda mocno dała mi się we znaki. Reszta
dnia minęła mi dość leniwie, nie licząc szybkiego wypadu do sklepu,
gdyż moja lodówka okazała się całkiem pusta.
Kolejnego dnia rano, zdecydowałem się nie popełniać wczorajszego błędu i
wychodząc z mieszkania miałem w ręce kluczyki do samochodu. Niestety
deszcz dopadł mnie nawet w drodze do samochodu, choć przynajmniej będzie
mi dziś towarzyszyć znacznie mniej. Byłem w drodze do pracy, ulice były
dość zakorkowane, choć nie było najgorzej jak na tą godzinę.
Wystukiwałem akurat rytm lecącej piosenki na kierownicy, gdy zauważyłem
poznaną wczoraj dziewczynę, która starała się ochronić przed deszczem,
który najwyraźniej dopadł ją w trakcie drogi. Zwolniłem nieco i
otworzyłem jedną z szyb pojazdu.
-Uratować ci znowu dzień? - zawołałem.
Juliette lekko przestraszona odskoczyła nieco w bok, choć po chwili na
jej twarzy zagościł uśmiech, kiedy zdała sobie sprawę z kim ma do
czynienia.
Juliette?
czwartek, 24 października 2019
Od Juliette Cd Joe
Chłopak wyglądał na troszeczkę starszego ode mnie. Jego blond włosy
oklapły nieco przez deszcz, a kilka niesfornych kosmyków przykleiło się
do czoła. Musiałam mocno zadzierać głowę do góry, aby złapać z nim
kontakt wzrokowy, należał bowiem do bardzo wysokich osób, a ja, no
cóż... z moim 1,57 cm niespecjalnie.
- Jestem Joe - przedstawił się, unosząc kąciki ust w szerokim uśmiechu.
- Juliette, miło poznać - zaśmiałam się, kręcąc głową - jeszcze trochę, i zapomnę zabrać głowy z domu - przeczesałam włosy dłonią i poprawiłam torbę na ramieniu.
- Dużo do tego brakuje, po drodze musi się jeszcze przewinąć torba i kurtka - zażartował.
- O nie, bez kurtki się nigdzie nie ruszam od września do maja włącznie! Jestem strasznym zmarzluchem - teatralnie potarłam dłońmi ramiona. Deszcz ustał i zamienił się w delikatną mżawkę, która wraz z każdym podmuchem wiatru osiadała na mojej twarzy.
- Bardzo miło się rozmawia, ale trochę się spieszę - powiedziałam, zawiedziona, że spotkaliśmy się w takich a nie innych okolicznościach.
- Oczywiście, nie będę cię już zatrzymywał - jego wzrok powędrował w kierunku parku znajdującego się po drugiej stronie ulicy - Do zobaczenia! - pomachał, odwrócił się i ruszył w kierunku owego parku.
Wydawał się być interesującą osobą, więc szkoda by było, gdybyśmy rozeszli się teraz i być może już nigdy na siebie nie wpadli. Nie chciałam tak tego zostawić.
- Zaczekaj! - krzyknęłam, puszczając się przez jezdnię. Joe odwrócił się w moją stronę z zaciekawieniem.
- Słabo by było rozejść się bez żadnego kontaktu do siebie, nie sądzisz? - uroczo przechyliłam głowę.
- Racja, wpisz mi tu szybko swój numer i uciekaj na wykłady - mrugnął, podając mi swój telefon.
Wpisałam pospiesznie swój numer, jeszcze kilka razy upewniając się, że nie popełniłam żadnego błędu.
- Teraz możemy się pożegnać - obdarzyłam go ciepłym spojrzeniem - do zobaczenia, mam nadzieję, że za niedługo - uśmiechnęłam się pod nosem, poprawiłam kurtkę i odeszłam, zanim chłopak zdążył coś dodać.
Joe?
- Jestem Joe - przedstawił się, unosząc kąciki ust w szerokim uśmiechu.
- Juliette, miło poznać - zaśmiałam się, kręcąc głową - jeszcze trochę, i zapomnę zabrać głowy z domu - przeczesałam włosy dłonią i poprawiłam torbę na ramieniu.
- Dużo do tego brakuje, po drodze musi się jeszcze przewinąć torba i kurtka - zażartował.
- O nie, bez kurtki się nigdzie nie ruszam od września do maja włącznie! Jestem strasznym zmarzluchem - teatralnie potarłam dłońmi ramiona. Deszcz ustał i zamienił się w delikatną mżawkę, która wraz z każdym podmuchem wiatru osiadała na mojej twarzy.
- Bardzo miło się rozmawia, ale trochę się spieszę - powiedziałam, zawiedziona, że spotkaliśmy się w takich a nie innych okolicznościach.
- Oczywiście, nie będę cię już zatrzymywał - jego wzrok powędrował w kierunku parku znajdującego się po drugiej stronie ulicy - Do zobaczenia! - pomachał, odwrócił się i ruszył w kierunku owego parku.
Wydawał się być interesującą osobą, więc szkoda by było, gdybyśmy rozeszli się teraz i być może już nigdy na siebie nie wpadli. Nie chciałam tak tego zostawić.
- Zaczekaj! - krzyknęłam, puszczając się przez jezdnię. Joe odwrócił się w moją stronę z zaciekawieniem.
- Słabo by było rozejść się bez żadnego kontaktu do siebie, nie sądzisz? - uroczo przechyliłam głowę.
- Racja, wpisz mi tu szybko swój numer i uciekaj na wykłady - mrugnął, podając mi swój telefon.
Wpisałam pospiesznie swój numer, jeszcze kilka razy upewniając się, że nie popełniłam żadnego błędu.
- Teraz możemy się pożegnać - obdarzyłam go ciepłym spojrzeniem - do zobaczenia, mam nadzieję, że za niedługo - uśmiechnęłam się pod nosem, poprawiłam kurtkę i odeszłam, zanim chłopak zdążył coś dodać.
Joe?
Od Shaylyn cd Tylera
Spojrzałam krótko na chłopaka, po czym wróciłam do szukania potrzebnej kaszy.
-Wiesz co? Sklep to chyba średnie miejsce na takie pogaduszki koleżko -prychnęłam schylając się.
-Ale nie zaprzeczasz, że się zastanawiałaś -powiedział z cwanym uśmieszkiem. -Poza tym jestem, Tyler.
Wywróciłam oczami. Nie mogłam zaprzeczyć, bo faktycznie nad tym myślałam. Związek mnie na razie nie interesował, ale z drugiej strony nawet nie znałam faceta za dobrze. Chociaż może to i lepiej. Złapałam w końcu potrzebną rzecz i miałam odejść, ale postanowiłam jednak coś dodać.
-O pierwszej pod barem, w klubie którym występuję. Jeśli ci zależy to się pojawisz, a jak nie to znaczy, że nie byłam jednak aż tak "interesująca" -powiedziałam.- Hasta luego -pożegnałam się z nim, wysyłając mu "całuska".
Ruszyłam w stronę kasy, gdzie zapłaciłam za produkt.
-Ooooo zależy ci -powiedziałam słodkim tonem, opierając się biodrem o bar.
-Podjęłaś jakąś decyzję? -Zapytał wypijając duszkiem drinka.
-Mnie też nie interesują związki. Możemy zostać "seks przyjaciółmi", ale w każdym momencie, jeśli któreś się zakocha w kimś możemy zerwać ten układ. Po prostu bez żadnych zobowiązań. Tylko dobra zabawa i próbowanie nowych rzeczy.
Tyler?
-Wiesz co? Sklep to chyba średnie miejsce na takie pogaduszki koleżko -prychnęłam schylając się.
-Ale nie zaprzeczasz, że się zastanawiałaś -powiedział z cwanym uśmieszkiem. -Poza tym jestem, Tyler.
Wywróciłam oczami. Nie mogłam zaprzeczyć, bo faktycznie nad tym myślałam. Związek mnie na razie nie interesował, ale z drugiej strony nawet nie znałam faceta za dobrze. Chociaż może to i lepiej. Złapałam w końcu potrzebną rzecz i miałam odejść, ale postanowiłam jednak coś dodać.
-O pierwszej pod barem, w klubie którym występuję. Jeśli ci zależy to się pojawisz, a jak nie to znaczy, że nie byłam jednak aż tak "interesująca" -powiedziałam.- Hasta luego -pożegnałam się z nim, wysyłając mu "całuska".
Ruszyłam w stronę kasy, gdzie zapłaciłam za produkt.
~*~
Szłam w moim skąpym stroju kotki, kręcąc w jednej ręce tandetnym
kocim ogonem. Cóż nie ja sama wybieram kostiumy sceniczne, ale trzeb się
z tym pogodzić. Uśmiechnęłam się z nie małą satysfakcją na widok
chłopaka czekającego przy barze. Nie uda mu się również ukryć tego, jak
mi się przyglądał podczas pokazu. Ustałam obok niego, przerzucając ogon
przez jego ramię.-Ooooo zależy ci -powiedziałam słodkim tonem, opierając się biodrem o bar.
-Podjęłaś jakąś decyzję? -Zapytał wypijając duszkiem drinka.
-Mnie też nie interesują związki. Możemy zostać "seks przyjaciółmi", ale w każdym momencie, jeśli któreś się zakocha w kimś możemy zerwać ten układ. Po prostu bez żadnych zobowiązań. Tylko dobra zabawa i próbowanie nowych rzeczy.
Tyler?
środa, 23 października 2019
Od Joe'ego cd Julitte
Jechałem porannym autobusem od pracy, nieco zaspany obserwowałem ludzi i słuchałem muzyki. Zająłem miejsce mniej więcej w połowie autobusu. Obok mnie siedział jakiś starszy pan, czytający gazetę. Naprzeciwko siedziała jednak dziewczyna oraz starsza pani z torbą zakupów. Pierwsza z nich wyglądała na równie zaspaną co ja. Patrząc na jej torbę, czy ubranie mogłem się domyślić, że zmierza na uczelnię. W końcu głos w głośniku oznajmił, iż kolejnym przystankiem jest uniwersytet, co nieco pobudziło obserwowaną przeze mnie dziewczynę. Chwilę później autobus zwolnił, a ona podniosła się z miejsca i ruszyła w kierunku drzwi. Gdy autobus się zatrzymywał, zauważyłem, że na siedzeniu zostały słuchawki, które prawdopodobnie wypadły jej z kieszeni, gdyż widziałem, jak wcześniej je zwijała. Nie zastanawiając się długo, podniosłem się z siedzenia i przecisnąłem między ludźmi, próbującymi odnaleźć dla siebie miejsce w autobusie. Rozejrzałem się i już po chwili mój wzrok odnalazł właścicielkę słuchawek, która zmierzała w kierunku uniwersytetu. Na całe szczęście miałem jeszcze trochę czasu, a wysiadka tutaj to był jedynie spacer dwa przystanki. Deszcz padał mi na włosy, sprawiając, że oklapły i nieco przylepiły się do mojego czoła.
-Zapomniała pani czegoś! - zawołałem za dziewczyną, która momentalnie się zatrzymała i obróciła w moją stronę.
Dorównałem kroku dziewczynie, kiedy upewniła się, że właśnie o nią chodzi i wyciągnąłem w jej kierunku rękę ze słuchawkami.
-Zdaję się, że to należy do ciebie i wypadło ci z kieszeni – stwierdziłem.
-Myślę, że dobrze ci się zdaje – uśmiechnęła się, biorąc do ręki przedmiot – uratowałeś mi właśnie cały dzień, bo rzadko się z nimi rozstaje.
-Czyli zdecydowanie jestem bohaterem twojego dnia, a taki ktoś nie może pozostać anonimowy. Jestem Joe – oznajmiłem.
Dziewczyna zaśmiała się, jakby kręcąc z niedowierzaniem głową.
Juliette? XD
-Zapomniała pani czegoś! - zawołałem za dziewczyną, która momentalnie się zatrzymała i obróciła w moją stronę.
Dorównałem kroku dziewczynie, kiedy upewniła się, że właśnie o nią chodzi i wyciągnąłem w jej kierunku rękę ze słuchawkami.
-Zdaję się, że to należy do ciebie i wypadło ci z kieszeni – stwierdziłem.
-Myślę, że dobrze ci się zdaje – uśmiechnęła się, biorąc do ręki przedmiot – uratowałeś mi właśnie cały dzień, bo rzadko się z nimi rozstaje.
-Czyli zdecydowanie jestem bohaterem twojego dnia, a taki ktoś nie może pozostać anonimowy. Jestem Joe – oznajmiłem.
Dziewczyna zaśmiała się, jakby kręcąc z niedowierzaniem głową.
Juliette? XD
Od Hailey cd Scotta
Pisnęłam, kiedy chłopak pociągnął mnie w swoją stronę i wylądowałam w wodzie.
-Ale ty jesteś głupi – prychnęłam, chlapiąc go wodą.
Scott skrzywił się, kiedy dostał wodą w twarz, jednak bardzo szybko mi oddał. Za którymś razem w porę udało mi się złapać rękę chłopaka. W miarę swoich możliwości przycisnęłam jego rękę do ścianki wanny i przysunęłam się bliżej niego.
-Właśnie pochlapałeś całe lustro – oznajmiłam, nachylając się do niego.
-Oj tam – mruknął, obejmując mnie wolną ręką.
-Ty po tym sprzątasz – powiedziałam uśmiechając się i całując go.
Scott oddał pocałunek, wciskając swoją mokrą dłoń pod moją koszulkę.
-Jesteś okropny – zaśmiałam się – lepiej stąd wyjdźmy, bo się przeziębimy – westchnęłam.
Chłopak skinął jedynie głową na znak zgody. Jednak w momencie, w którym mieliśmy się podnosić, do pomieszczenia, a konkretnie do nas do wanny wpadł Lucky. Niemal od razu oboje wybuchnęliśmy śmiechem, a pies zaczął lizać nas po twarzach.
-A jak tak, to zwiewa – zaśmiał się Scott, odpychając lekko psa od swojej twarzy.
-Cóż, pragnął miłości, nie kąpieli – odparłam, odsuwając się nieco i podnosząc.
Ściągnęłam z siebie przemoczoną koszulkę i w dużej mierze mokre spodnie i powiesiłam ubrania na kaloryferze. Całe szczęście bielizna pozostała jedynie lekko wilgotna. Scott dalej siedział w wannie, uważnie lustrując mnie wzrokiem.
-Uważaj, bo się uślinisz – prychnęłam – tobie radzę zrobić to samo.
Scott?
-Ale ty jesteś głupi – prychnęłam, chlapiąc go wodą.
Scott skrzywił się, kiedy dostał wodą w twarz, jednak bardzo szybko mi oddał. Za którymś razem w porę udało mi się złapać rękę chłopaka. W miarę swoich możliwości przycisnęłam jego rękę do ścianki wanny i przysunęłam się bliżej niego.
-Właśnie pochlapałeś całe lustro – oznajmiłam, nachylając się do niego.
-Oj tam – mruknął, obejmując mnie wolną ręką.
-Ty po tym sprzątasz – powiedziałam uśmiechając się i całując go.
Scott oddał pocałunek, wciskając swoją mokrą dłoń pod moją koszulkę.
-Jesteś okropny – zaśmiałam się – lepiej stąd wyjdźmy, bo się przeziębimy – westchnęłam.
Chłopak skinął jedynie głową na znak zgody. Jednak w momencie, w którym mieliśmy się podnosić, do pomieszczenia, a konkretnie do nas do wanny wpadł Lucky. Niemal od razu oboje wybuchnęliśmy śmiechem, a pies zaczął lizać nas po twarzach.
-A jak tak, to zwiewa – zaśmiał się Scott, odpychając lekko psa od swojej twarzy.
-Cóż, pragnął miłości, nie kąpieli – odparłam, odsuwając się nieco i podnosząc.
Ściągnęłam z siebie przemoczoną koszulkę i w dużej mierze mokre spodnie i powiesiłam ubrania na kaloryferze. Całe szczęście bielizna pozostała jedynie lekko wilgotna. Scott dalej siedział w wannie, uważnie lustrując mnie wzrokiem.
-Uważaj, bo się uślinisz – prychnęłam – tobie radzę zrobić to samo.
Scott?
Od Juliette
Trwająca w najlepsze jesień szarpała liśćmi w powietrzu, obmywała deszczem ruchliwe ulice i powolnie odbierała energię życiową każdemu mieszkańcowi Nowego Jorku. Kliniki lecznicze i apteki były zapełnione po brzegi ludźmi, którzy próbowali uporać się z przeziębieniami i infekcjami, tak bardzo typowymi dla obecnej pory roku. Wszystko umierało dosłownie i w przenośni tak bardzo, że zaczynało przytłaczać także i mnie.
Zapach świeżo przygotowanej owsianki z jabłkiem, cynamonem, miodem i orzechami unosił się w całym mieszkaniu, ocieplając nieco atmosferę. Włożyłam do ust odrobinę tego idealnie jesiennego śniadania i delektowałam się jego smakiem. Za oknem między obłokami mgły przebijały się pierwsze promienie światła. Takie poranki lubiłam najbardziej; leniwe i spokojne. Nie musiałam obawiać się tego, że autobus odjedzie mi sprzed nosa i spóźnię się na pierwszą lekcję, a przy okazji zapomnę z domu czegoś bardzo ważnego i zapomnę o sprawdzianie z matematyki. Nie sądziłam, że rozpoczęcie studiów będzie tak przyjemnym doświadczeniem, choć w głębi serca zdawałam sobie sprawę z tego, że moje szczęście nie potrwa zbyt długo.
Posprzątałam po śniadaniu, nałożyłam na usta ulubioną, brązową szminkę, wciągnęłam glany i dumnym krokiem wyruszyłam na ulicę, dokładnie tak, jak zrobiłaby to większość pierwszoroczniaków.
Już kilka minut po wyjściu z domu delikatna mżawka towarzysząca mi od samego przebudzenia zamieniła się w ulewę, a ja jak zwykle zapomniałam parasola. Naciągając kaptur kurtki na głowę, puściłam się pędem przez pasy i przy okazji zostałam zatrąbiona przez kilku zbulwersowanych moim zachowaniem kierowców. Z cukru co prawda nie byłam, ale taka niespodzianka mogła doprowadzić mój wygląd do totalnej porażki, na co nie mogłam sobie dzisiaj pozwolić. Dzisiaj miał być dobry dzień, koniec kropka.
A żeby dzień był dobry, ja też musiałam wyglądać przyzwoicie, aby potencjalni nowi znajomi faktycznie chcieli zostać moimi nowymi znajomymi, a wykładowcy nie pomyśleli sobie o mnie nie wiadomo czego.
Dotarłam na przystanek autobusowy w idealnym momencie, bo właśnie do pojazdu wsiadała ostatnia osoba. Przeskoczyłam wszystkie stopnie, zapłaciłam za bilet i... tutaj pojawiły się komplikacje. Nigdzie nie było dwóch wolnych siedzeń, a z rana wybierałam raczej samotność, żeby ewentualnie dospać. Zdecydowałam, że przysiądę się do starszej pani zajmującej miejsce w drugiej części autobusu. Droga minęła mi bardzo szybko, pozwoliłam sobie na chwilowe zamknięcie oczu i nim się obejrzałam, maszerowałam już w kierunku mojego wydziału.
- Zapomniała pani czegoś! - usłyszałam męski głos dochodzący z tyłu.
Joe?
Zapach świeżo przygotowanej owsianki z jabłkiem, cynamonem, miodem i orzechami unosił się w całym mieszkaniu, ocieplając nieco atmosferę. Włożyłam do ust odrobinę tego idealnie jesiennego śniadania i delektowałam się jego smakiem. Za oknem między obłokami mgły przebijały się pierwsze promienie światła. Takie poranki lubiłam najbardziej; leniwe i spokojne. Nie musiałam obawiać się tego, że autobus odjedzie mi sprzed nosa i spóźnię się na pierwszą lekcję, a przy okazji zapomnę z domu czegoś bardzo ważnego i zapomnę o sprawdzianie z matematyki. Nie sądziłam, że rozpoczęcie studiów będzie tak przyjemnym doświadczeniem, choć w głębi serca zdawałam sobie sprawę z tego, że moje szczęście nie potrwa zbyt długo.
Posprzątałam po śniadaniu, nałożyłam na usta ulubioną, brązową szminkę, wciągnęłam glany i dumnym krokiem wyruszyłam na ulicę, dokładnie tak, jak zrobiłaby to większość pierwszoroczniaków.
Już kilka minut po wyjściu z domu delikatna mżawka towarzysząca mi od samego przebudzenia zamieniła się w ulewę, a ja jak zwykle zapomniałam parasola. Naciągając kaptur kurtki na głowę, puściłam się pędem przez pasy i przy okazji zostałam zatrąbiona przez kilku zbulwersowanych moim zachowaniem kierowców. Z cukru co prawda nie byłam, ale taka niespodzianka mogła doprowadzić mój wygląd do totalnej porażki, na co nie mogłam sobie dzisiaj pozwolić. Dzisiaj miał być dobry dzień, koniec kropka.
A żeby dzień był dobry, ja też musiałam wyglądać przyzwoicie, aby potencjalni nowi znajomi faktycznie chcieli zostać moimi nowymi znajomymi, a wykładowcy nie pomyśleli sobie o mnie nie wiadomo czego.
Dotarłam na przystanek autobusowy w idealnym momencie, bo właśnie do pojazdu wsiadała ostatnia osoba. Przeskoczyłam wszystkie stopnie, zapłaciłam za bilet i... tutaj pojawiły się komplikacje. Nigdzie nie było dwóch wolnych siedzeń, a z rana wybierałam raczej samotność, żeby ewentualnie dospać. Zdecydowałam, że przysiądę się do starszej pani zajmującej miejsce w drugiej części autobusu. Droga minęła mi bardzo szybko, pozwoliłam sobie na chwilowe zamknięcie oczu i nim się obejrzałam, maszerowałam już w kierunku mojego wydziału.
- Zapomniała pani czegoś! - usłyszałam męski głos dochodzący z tyłu.
Joe?
wtorek, 22 października 2019
Od Patrica cd Gwen
Spojrzałem na dziewczynę i pokręciłem głową z niedowierzaniem.
-Gwen, jesteś taka piękna. Nie musisz się zakrywać - oznajmiłem, gładząc ręką jej policzek.
Dziewczyna uśmiechnęła się lekko, składając na moich ustach krótki pocałunek. Przyciągnąłem ją bliżej siebie, całując jeszcze krótko w policzek. Jedną z rąk sięgnąłem do zapalonej na stoliku nocnym lampki i zgasiłem ją. Ponownie objąłem dziewczynę, zamykając oczy.
Rano obudziłem się jeszcze przed Gwen. Postanowiłem delikatnie ją puścić i przygotować nam coś na śniadanie. Ubrałem na siebie jedynie bokserki i skierowałem się do kuchni. Po obejrzeniu zawartości lodówki zdecydowałem się wyjąć sporą część na stół i dorobić do tego jajecznice oraz kawę. Kiedy wszystko było gotowe wróciłem do sypialni, aby obudzić Gwen. Usiadłem na łóżku obok niej i pogłaskałem ją po ramieniu.
-Podano śniadanie dla śpiącej królewny - zaśmiałem się, kiedy otworzyła zaspane oczy, zastanawiając się co tak naprawdę ma właśnie miejsce.
-Która godzina? - wybełkotała jedynie, odwracajàc głowę i chowając twarz w poduszkę.
-Chwilę po dziewiątej - odparłem, wyciągając poduszkę spod jej głowy.
-Brutalne - stwierdziła, posyłając mi lekko oburzone spojrzenie.
-Ale jak widać skuteczne - prychnąłem - ruszaj się, bo ci kawa wystygnie.
-Dobra, dobra - mruknęła, podnosząc się do pozycji siedzącej.
Także podniosłem się z łóżka i wróciłem do kuchni, gdzie usiadłem do jedzenia, czekając na Gwen.
Gwen?
-Gwen, jesteś taka piękna. Nie musisz się zakrywać - oznajmiłem, gładząc ręką jej policzek.
Dziewczyna uśmiechnęła się lekko, składając na moich ustach krótki pocałunek. Przyciągnąłem ją bliżej siebie, całując jeszcze krótko w policzek. Jedną z rąk sięgnąłem do zapalonej na stoliku nocnym lampki i zgasiłem ją. Ponownie objąłem dziewczynę, zamykając oczy.
Rano obudziłem się jeszcze przed Gwen. Postanowiłem delikatnie ją puścić i przygotować nam coś na śniadanie. Ubrałem na siebie jedynie bokserki i skierowałem się do kuchni. Po obejrzeniu zawartości lodówki zdecydowałem się wyjąć sporą część na stół i dorobić do tego jajecznice oraz kawę. Kiedy wszystko było gotowe wróciłem do sypialni, aby obudzić Gwen. Usiadłem na łóżku obok niej i pogłaskałem ją po ramieniu.
-Podano śniadanie dla śpiącej królewny - zaśmiałem się, kiedy otworzyła zaspane oczy, zastanawiając się co tak naprawdę ma właśnie miejsce.
-Która godzina? - wybełkotała jedynie, odwracajàc głowę i chowając twarz w poduszkę.
-Chwilę po dziewiątej - odparłem, wyciągając poduszkę spod jej głowy.
-Brutalne - stwierdziła, posyłając mi lekko oburzone spojrzenie.
-Ale jak widać skuteczne - prychnąłem - ruszaj się, bo ci kawa wystygnie.
-Dobra, dobra - mruknęła, podnosząc się do pozycji siedzącej.
Także podniosłem się z łóżka i wróciłem do kuchni, gdzie usiadłem do jedzenia, czekając na Gwen.
Gwen?
Od Coralie cd Hero
- Cath, nie każdy jest takim alkoholikiem jak ty. - zerknęłam na brunetkę, starając się nie zaśmiać, gdy ta spojrzała się na mnie ze złością. - No dobrze, dobrze, już się nie denerwuj.
- Cora, przeżyje wszystkie twoje komentarze na temat mojej osoby, ale jak jeszcze raz powiesz, że…
- Tak, tak, przykujesz mnie do kaloryfera. Wszyscy o tym wiedzą. - przerwałam przyjaciółce.
Hero, przyglądał się tej rozmowie z dobrze zauważalnym rozbawieniem.
- Kajdankami do kaloryfera? No, powiem wam, dziewczęta, że idealnie się dopełniacie.
Spojrzałyśmy się na siebie jednocześnie, mrużąc oczy. Catherine jest dobrze znana przez naszych wszystkich znajomych, jako rzekoma alkoholiczka, co w rzeczywistości nie jest prawdą. Ale nie ukrywajmy, że z (prawie) każdej imprezy wychodzi ledwo żywa, nieprzytomna, a gdy już dotrze do mieszkania, to od razu jej się zwraca.
Rozmowa o kajdankach i alkoholiczce nie ciągnęła się zbyt długo, gdyż zaraz potem cała nasza trójka wyruszyła na parkiet. Muzyka w klubie mi nawet odpowiadała, a to już dość duża pochwała, bo zazwyczaj muzyka którą oferują kluby nocne, niezbyt mi odpowiada. Po paru piosenkach Cath opuściła parkiet i poszła do baru, a ja i Hero zostaliśmy. Po kolejnych paru piosenkach zostawiłam chłopaka samego, gdyż zostawienie Catherine samej przy barze, to nie był do końca dobry pomysł.
- Może byśmy już wróciły, moja droga alkoholiczko?
- Coralie, jeszcze raz tak powiesz, to…
- Dobra, znam scenariusz. Wychodzimy?
I tak właśnie, pierwszy, czy tam drugi raz w życiu Catherine zgodziła się wyjść z klubu przed trzecią w nocy. Lekko zdziwiona, lecz zadowolona szukałam Hero na parkiecie, jednak odszukanie go wśród tłumu ludzi nie było proste. Catherine nalegała na wyjście, więc zaprzestałam poszukiwań.
- I tak tu przyjedziemy za tydzień, a on tu pracuje, więc wiesz. - powiedziała, ciągnąc mnie do wyjścia.
- No tak, masz rację.
~~~~~~~~~~~~~~
- Ty mały, parszywy stworze! Miałaś być tu piętnaście minut temu! Czekam na ciebie jak głupia! - krzyknęła do słuchawki Catherine.
- Wiem, wiem. - odparłam. - Przepraszam, ale zaspałam. Już idę, daj mi dziesięć minut.
Szłam przez Manhattan, rozglądając się i szukając Costy Coffee, w której byłam umówiona z moją życiową przewodniczką, a jednocześnie cudowną przyjaciółeczką. No tak, bo czemu by się nie umówić na dziewiątą rano do kawiarni, a później rozejść się, jakby nigdy nic. No cóż.
Szłam i szłam, co jakiś czas poprawiając sobie szary płaszcz. O tej porze jeszcze tak naprawdę wielu rzeczy nie ogarniam, nie pojmuję, więc szłam do miejsca docelowego, nie znając do niego drogi. Tak sobie szłam, gdy nagle poczułam ostre zderzenie z innym człowiekiem i upadłam.
- Nic ci nie jest? - spytała się osoba, z którą się zderzyłam.
Podniosłam głowę i ujrzałam znajomą twarz.
- Hm, nic. - wstałam. - Hero, prawda?
Hero?
- Cora, przeżyje wszystkie twoje komentarze na temat mojej osoby, ale jak jeszcze raz powiesz, że…
- Tak, tak, przykujesz mnie do kaloryfera. Wszyscy o tym wiedzą. - przerwałam przyjaciółce.
Hero, przyglądał się tej rozmowie z dobrze zauważalnym rozbawieniem.
- Kajdankami do kaloryfera? No, powiem wam, dziewczęta, że idealnie się dopełniacie.
Spojrzałyśmy się na siebie jednocześnie, mrużąc oczy. Catherine jest dobrze znana przez naszych wszystkich znajomych, jako rzekoma alkoholiczka, co w rzeczywistości nie jest prawdą. Ale nie ukrywajmy, że z (prawie) każdej imprezy wychodzi ledwo żywa, nieprzytomna, a gdy już dotrze do mieszkania, to od razu jej się zwraca.
Rozmowa o kajdankach i alkoholiczce nie ciągnęła się zbyt długo, gdyż zaraz potem cała nasza trójka wyruszyła na parkiet. Muzyka w klubie mi nawet odpowiadała, a to już dość duża pochwała, bo zazwyczaj muzyka którą oferują kluby nocne, niezbyt mi odpowiada. Po paru piosenkach Cath opuściła parkiet i poszła do baru, a ja i Hero zostaliśmy. Po kolejnych paru piosenkach zostawiłam chłopaka samego, gdyż zostawienie Catherine samej przy barze, to nie był do końca dobry pomysł.
- Może byśmy już wróciły, moja droga alkoholiczko?
- Coralie, jeszcze raz tak powiesz, to…
- Dobra, znam scenariusz. Wychodzimy?
I tak właśnie, pierwszy, czy tam drugi raz w życiu Catherine zgodziła się wyjść z klubu przed trzecią w nocy. Lekko zdziwiona, lecz zadowolona szukałam Hero na parkiecie, jednak odszukanie go wśród tłumu ludzi nie było proste. Catherine nalegała na wyjście, więc zaprzestałam poszukiwań.
- I tak tu przyjedziemy za tydzień, a on tu pracuje, więc wiesz. - powiedziała, ciągnąc mnie do wyjścia.
- No tak, masz rację.
~~~~~~~~~~~~~~
- Ty mały, parszywy stworze! Miałaś być tu piętnaście minut temu! Czekam na ciebie jak głupia! - krzyknęła do słuchawki Catherine.
- Wiem, wiem. - odparłam. - Przepraszam, ale zaspałam. Już idę, daj mi dziesięć minut.
Szłam przez Manhattan, rozglądając się i szukając Costy Coffee, w której byłam umówiona z moją życiową przewodniczką, a jednocześnie cudowną przyjaciółeczką. No tak, bo czemu by się nie umówić na dziewiątą rano do kawiarni, a później rozejść się, jakby nigdy nic. No cóż.
Szłam i szłam, co jakiś czas poprawiając sobie szary płaszcz. O tej porze jeszcze tak naprawdę wielu rzeczy nie ogarniam, nie pojmuję, więc szłam do miejsca docelowego, nie znając do niego drogi. Tak sobie szłam, gdy nagle poczułam ostre zderzenie z innym człowiekiem i upadłam.
- Nic ci nie jest? - spytała się osoba, z którą się zderzyłam.
Podniosłam głowę i ujrzałam znajomą twarz.
- Hm, nic. - wstałam. - Hero, prawda?
Hero?
niedziela, 20 października 2019
Od Scotta cd Hailey
-Przecież dałem mu wygrać -prychnąłem udając oburzonego.
Dziewczyna parsknęła śmiechem, kręcąc głową.
-Taa jasne, na pewno tak było -zakpiła, klepiąc mnie po ramieniu.
-No wiesz co, aj tam z tobą -powiedziałem obejmując ją ramieniem i szczypiąc w bok.
Ruszyliśmy dalej przez park, uważając aby nie dostać kijem od zadowolonego z siebie psa. W końcu usiedliśmy na wolnej ławce. Objąłem ją ramieniem, przyciągając ją do siebie.
-Jakie masz plany na jutro? -Zapytałem walcząc wciąż jedną ręką z psem.
-Za rana mam sesję, a potem się zobaczy. A co?
-Zastanawiałem, się czy nie będzie jutro tak, że będziesz cały dzień w domu sama siedzieć, bo na razie nie chciałbym abyś zostawała sama na taki czas. Przynajmniej do czasu zamknięcia sprawy. A jutro czeka mnie dzień na planie, więc i tak wrócę późno. O i jakbyś miała ochotę to mogłabyś podjechać do babci.
Po pewnym czasie podnieśliśmy się i ruszyliśmy w stronę wyjścia z Parku. Przywołałem psa, który musiał w między czasie doskonale się bawić w jakiejś kałuży. Jęknąłem na widok ubrudzonego, ale zadowolonego psa. Zapiąłem mu smycz i ruszyliśmy do domu, po drodze zachodząc do sklepu na szybkie zakupy, ponieważ lodówka trochę straszyła. Po powrocie Hai zajęła się rozpakowaniem zakupów, a ja zabrałem się ogarnięciem psa. Niestety Lucky nie uwielbiał kąpieli, więc była to dość nierówna walka. W pewnym momencie pies pociągnął mnie i wylądowałem w wannie z hukiem. Lucky wybiegł z łazienki w momencie, gdy Hai stanęła w progu. Gdy spojrzała na mnie parsknęła śmiechem.
-Może zamiast się śmiać to byś pomogła -prychnąłem.
Podeszła wciąż się śmiejąc wyciągnęła rękę. Złapałem za nią i pociągnąłem ją w swoją stronę, uważając aby o nic nie uderzyła.
Hailey?
Dziewczyna parsknęła śmiechem, kręcąc głową.
-Taa jasne, na pewno tak było -zakpiła, klepiąc mnie po ramieniu.
-No wiesz co, aj tam z tobą -powiedziałem obejmując ją ramieniem i szczypiąc w bok.
Ruszyliśmy dalej przez park, uważając aby nie dostać kijem od zadowolonego z siebie psa. W końcu usiedliśmy na wolnej ławce. Objąłem ją ramieniem, przyciągając ją do siebie.
-Jakie masz plany na jutro? -Zapytałem walcząc wciąż jedną ręką z psem.
-Za rana mam sesję, a potem się zobaczy. A co?
-Zastanawiałem, się czy nie będzie jutro tak, że będziesz cały dzień w domu sama siedzieć, bo na razie nie chciałbym abyś zostawała sama na taki czas. Przynajmniej do czasu zamknięcia sprawy. A jutro czeka mnie dzień na planie, więc i tak wrócę późno. O i jakbyś miała ochotę to mogłabyś podjechać do babci.
Po pewnym czasie podnieśliśmy się i ruszyliśmy w stronę wyjścia z Parku. Przywołałem psa, który musiał w między czasie doskonale się bawić w jakiejś kałuży. Jęknąłem na widok ubrudzonego, ale zadowolonego psa. Zapiąłem mu smycz i ruszyliśmy do domu, po drodze zachodząc do sklepu na szybkie zakupy, ponieważ lodówka trochę straszyła. Po powrocie Hai zajęła się rozpakowaniem zakupów, a ja zabrałem się ogarnięciem psa. Niestety Lucky nie uwielbiał kąpieli, więc była to dość nierówna walka. W pewnym momencie pies pociągnął mnie i wylądowałem w wannie z hukiem. Lucky wybiegł z łazienki w momencie, gdy Hai stanęła w progu. Gdy spojrzała na mnie parsknęła śmiechem.
-Może zamiast się śmiać to byś pomogła -prychnąłem.
Podeszła wciąż się śmiejąc wyciągnęła rękę. Złapałem za nią i pociągnąłem ją w swoją stronę, uważając aby o nic nie uderzyła.
Hailey?
Subskrybuj:
Posty (Atom)
