Był poniedziałek. Siedzialam w szkole na polekcyjnych zajęciach wyrównawczych z matematyki. Kompletnie jej nie ogarniam a w domu nie mam czasu żeby usiąść i trochę się pouczyć. Dzięki pomocy mojej wspaniałej wychowawczyni z każdymi zajęciami szło mi coraz lepiej. Z zagrożenia wyszłam na dwóję więc to już coś.
Kiedy wychodzilam ze szkoły sprzątaczka poprosiła żebym przeszła przez salę gimnastyczna i boisko bo podłoga przy głównym wejściu była mokra i nie chciała żebym się zabiła. Zrobiłam to o co prosiła. Wyszłam ze szkoły na boisko gdzie akurat trening miała drużyna footbolowa. Jak każda dziewczyna rzucalam okiem na te piękne umięśnione ciała. Aż mi się gorąco zrobiło. Byłam w nich tak zapatrzona, że nie docierały do mnie dźwięki z otoczenia. Dosłownie.
- Ej młoda uważaj! - wyrwałam się z transu słysząc jednego z nich. Nim zrozumiałam o co chodzi piłka miała bardzo bliskie spotkanie z moim czołem. Siła z jaką mnie uderzyła zwaliła z nóg. Upadłam na ziemię trochę przymroczona. Trener od razu do mnie podbiegł jak i reszta zawodników.
- Żyje? - jeden z nich spojrzał na nauczyciela.
- Żyje idioto. Idź któryś po pielęgniarkę - przewrócił oczami i uklęknął. - Wiesz gdzie jesteś? Jak się nazywasz?
- Tak... Tak - mruknelam zasłaniając twarz ręką. Boże jaki wstyd... Słyszałam śmiechy zawodników, które szybko ucichły po tym jak trener kazał zrobić chłopakom kilka karnych okrążeń za naśmiewanie się z mojej głupoty. To miłe. Doceniam. Pielęgniarka przyszła po kilku minutach. Po stwierdzeniu, że wszystko ze mną dobrze pozwoliła mi iść samej do domu. Podziękowałam trenerowi za pomoc i odeszłam. Żeby tylko ploty się nie rozeszły... I żeby śliwa mi na czole nie wyrosła...
Odchodząc ostatni raz rzuciłam okiem na boisko. Moje spojrzenie napotkało na swojej drodze kapitana drużyny. Wszyscy znają Nathana... Nie czułam się dobrze z jego wzrokiem skierowanym w moją osobę. Czułam się jakby patrzył na mnie z wyższością, pogardą... Odwróciłam się szybko i ruszyłam w stronę domu. Miałam dzisiaj wolne. Planowałam odstawić książki do domu i pojeździć trochę po mieście żeby tylko nie siedzieć z ojcem.
<Nathan?>
środa, 11 kwietnia 2018
Od Hailey cd Scotta
Przekręciłam się nieco, leżąc teraz bardziej na brzuchu. Jedną ręką podparłam się o jego klatkę piersiową i spojrzałam prosto w jego oczy.
-Myślę, że by się nam to przydało, bardzo – zaśmiałam się – Tylko gdzie? - spytałam, pstrykając Scotta delikatnie w nos.
-Coś wymyślimy – odparł, gładząc mnie po policzku.
-Ej, ale zostaniesz na noc? - zapytałam, patrząc na niego z nadzieją wymalowaną na twarzy.
-Jeśli tylko chcesz – oznajmił, a na mojej twarzy zawitał uśmiech.
-Po tak długim czasie, nawet nie wiesz, jak bardzo – zaśmiałam się, składając pocałunek na jego nosie i wstając. - Chcesz coś do picia?
-Soczek? - spojrzał na mnie.
-Zobaczę co da się zrobić.
Weszłam do kuchni i rozejrzałam się po pomieszczeniu w poszukiwaniu soku. Wciśnięty w kąt, przy lodówce, stał karton soku pomarańczowego. Wzięłam go do ręki, wyjęłam także dwie szklanki i wszystko zaniosłam do salonu, gdzie leżał chłopak.
-Mam nadzieję, że nie obrazisz się, jeśli przebiorę się w coś wygodniejszego – mruknęłam.
-Jeszcze pytasz? - uśmiechnął się, nalewając do szklanki napój.
-W takim razie zaraz wracam – powiedziałam i udałam się do łazienki.
Ściągnęłam jeansy, a na ich miejsce wsunęłam krótkie spodenki, włosy pozostawiłam rozpuszczone, bez zmian. Chciałam zmienić również koszulkę, jednak żadna nie leżała w łazience. Zdjęłam z siebie ta, którą miałam dotychczas i w spodenkach i staniku opuściłam pomieszczenie, chcąc udać się do sypialni, po coś na przebranie. W korytarzu natknęłam się na Scotta, który uważnie skanował wzrokiem niemal każdy widoczny centymetr mojego ciała.
Scott?
-Myślę, że by się nam to przydało, bardzo – zaśmiałam się – Tylko gdzie? - spytałam, pstrykając Scotta delikatnie w nos.
-Coś wymyślimy – odparł, gładząc mnie po policzku.
-Ej, ale zostaniesz na noc? - zapytałam, patrząc na niego z nadzieją wymalowaną na twarzy.
-Jeśli tylko chcesz – oznajmił, a na mojej twarzy zawitał uśmiech.
-Po tak długim czasie, nawet nie wiesz, jak bardzo – zaśmiałam się, składając pocałunek na jego nosie i wstając. - Chcesz coś do picia?
-Soczek? - spojrzał na mnie.
-Zobaczę co da się zrobić.
Weszłam do kuchni i rozejrzałam się po pomieszczeniu w poszukiwaniu soku. Wciśnięty w kąt, przy lodówce, stał karton soku pomarańczowego. Wzięłam go do ręki, wyjęłam także dwie szklanki i wszystko zaniosłam do salonu, gdzie leżał chłopak.
-Mam nadzieję, że nie obrazisz się, jeśli przebiorę się w coś wygodniejszego – mruknęłam.
-Jeszcze pytasz? - uśmiechnął się, nalewając do szklanki napój.
-W takim razie zaraz wracam – powiedziałam i udałam się do łazienki.
Ściągnęłam jeansy, a na ich miejsce wsunęłam krótkie spodenki, włosy pozostawiłam rozpuszczone, bez zmian. Chciałam zmienić również koszulkę, jednak żadna nie leżała w łazience. Zdjęłam z siebie ta, którą miałam dotychczas i w spodenkach i staniku opuściłam pomieszczenie, chcąc udać się do sypialni, po coś na przebranie. W korytarzu natknęłam się na Scotta, który uważnie skanował wzrokiem niemal każdy widoczny centymetr mojego ciała.
Scott?
Od Scotta cd Hailey
Na słowa dziewczyny ogromny uścisk w klatce piersiowej
zelżał. Oddałem pocałunek ze wszystkimi uczuciami, jakie miałem wobec
tej blondynki. Tęsknotą i radością, że jeszcze nie wszystko stracone.
Jeszcze przed wejściem do bloku cztery razy mało się nie wycofałem.
-Ja ciebie też kocham. Jak wariat -powiedziałem patrząc jej w oczy.- I masz rację. Jest mi tak potwornie głupio... I nawet nie liczę, że tak od razu o tym zapomnisz. Wiem, że się nie da -dodałem głaszcząc ją po policzku.
-Ale damy sobie radę, co nie? -Odparła.
-Spróbujemy sobie jakoś z tym poradzić...
Przygarnąłem ją do siebie, na co dziewczyna wtuliła się w mój bok. Siedzieliśmy w ciszy po prostu ciesząc się swoją obecnością. W końcu po tak długim czasie po prostu miałem ją przy sobie. W tym momencie słowa były zwyczajnie nie potrzebne. Zwykłe spojrzenia przekazywały wszystko. I pomyśleć, że gdyby nie ta upierdliwa starsza kobieta, pewnie dalej bym się nie zdecydował ruszyć.
-Czy moja babcia faktycznie u ciebie był? -Zapytałem w pewnym momencie, przyglądając się naszym splecionym dłoniom.
Dziewczyna uśmiechnęła się pod nosem, kiwając głową, na co jęknąłem z rezygnacją.
-Mam tylko nadzieję, że potrafiła się choć odrobinę zachować.
-Była doskonałym przykładem troski o wnuczka -odpowiedziała. -Z jej opowieści wynikało, że jesteś w o wiele gorszym stanie. Trochę brakuje ci do menela.
-Tutaj też podkoloryzowała historię.
Do głowy przyszedł mi pewien pomysł...Zamyśliłem się chwilę nad nim.
-Słuchaj... Pamiętasz jak przed wyjazdem rzuciłaś propozycję abyś urządzili sobie wakacje? Co ty na to, abyśmy wyjechali? Oderwiemy się trochę od tego miejsca i ludzi...
Hailey?
-Ja ciebie też kocham. Jak wariat -powiedziałem patrząc jej w oczy.- I masz rację. Jest mi tak potwornie głupio... I nawet nie liczę, że tak od razu o tym zapomnisz. Wiem, że się nie da -dodałem głaszcząc ją po policzku.
-Ale damy sobie radę, co nie? -Odparła.
-Spróbujemy sobie jakoś z tym poradzić...
Przygarnąłem ją do siebie, na co dziewczyna wtuliła się w mój bok. Siedzieliśmy w ciszy po prostu ciesząc się swoją obecnością. W końcu po tak długim czasie po prostu miałem ją przy sobie. W tym momencie słowa były zwyczajnie nie potrzebne. Zwykłe spojrzenia przekazywały wszystko. I pomyśleć, że gdyby nie ta upierdliwa starsza kobieta, pewnie dalej bym się nie zdecydował ruszyć.
-Czy moja babcia faktycznie u ciebie był? -Zapytałem w pewnym momencie, przyglądając się naszym splecionym dłoniom.
Dziewczyna uśmiechnęła się pod nosem, kiwając głową, na co jęknąłem z rezygnacją.
-Mam tylko nadzieję, że potrafiła się choć odrobinę zachować.
-Była doskonałym przykładem troski o wnuczka -odpowiedziała. -Z jej opowieści wynikało, że jesteś w o wiele gorszym stanie. Trochę brakuje ci do menela.
-Tutaj też podkoloryzowała historię.
Do głowy przyszedł mi pewien pomysł...Zamyśliłem się chwilę nad nim.
-Słuchaj... Pamiętasz jak przed wyjazdem rzuciłaś propozycję abyś urządzili sobie wakacje? Co ty na to, abyśmy wyjechali? Oderwiemy się trochę od tego miejsca i ludzi...
Hailey?
Od Isabelli cd Tylera
-Co masz na myśli? - spojrzałam na chłopaka.
-Nie ważne - powiedział i wbił wzrok w ziemię.
-Znamy się tylko dwa dni ale możesz mi zaufać. Mów co Cię gryzie -
-Uparta jesteś - zaśmiał się pod nosem.
-Nie pójdę stąd, póki mi nie powiesz - oparłam się o drzewo i śledziłem wzrokiem każdy ruch Tylera.
-Nie powinnaś się tym interesować -
-Powiedziałeś, że okolica nie jest bezpieczna. Chcę wiedzieć co może się stać - mruknęłam.
-Kiedyś Ci powiem - odparł obojętnie.
-No dobrze. Mógłbyś mnie trochę oprowadzić po mieście? -
-Mam trochę czasu, więc tak - ruszył powoli chodnikiem.
-Gdzie idziemy na początek? - powiedziałam idąc za nim.
-Jak najdalej stąd - zaśmiał się.
***
Spędziłam z chłopakiem około godzinę. Nie wiedziałam, że tak szybko kogoś tu poznam. Zazwyczaj mam problem z nawiązywaniem nowych znajomości, ale tym razem było inaczej. Po spacerze odprowadził mnie do domu.
-Dzięki za oprowadzenie po okolicy - uśmiechnęłam się do chłopaka.
-Cała przyjemność po mojej stronie - odwzajemnił uśmiech.
Odpięłam smycz od obroży Zony i patrzyłam ze zdziwieniem jak chodzi wokół chłopaka.
-O co może jej chodzić? -
Tyler?
-Nie ważne - powiedział i wbił wzrok w ziemię.
-Znamy się tylko dwa dni ale możesz mi zaufać. Mów co Cię gryzie -
-Uparta jesteś - zaśmiał się pod nosem.
-Nie pójdę stąd, póki mi nie powiesz - oparłam się o drzewo i śledziłem wzrokiem każdy ruch Tylera.
-Nie powinnaś się tym interesować -
-Powiedziałeś, że okolica nie jest bezpieczna. Chcę wiedzieć co może się stać - mruknęłam.
-Kiedyś Ci powiem - odparł obojętnie.
-No dobrze. Mógłbyś mnie trochę oprowadzić po mieście? -
-Mam trochę czasu, więc tak - ruszył powoli chodnikiem.
-Gdzie idziemy na początek? - powiedziałam idąc za nim.
-Jak najdalej stąd - zaśmiał się.
***
Spędziłam z chłopakiem około godzinę. Nie wiedziałam, że tak szybko kogoś tu poznam. Zazwyczaj mam problem z nawiązywaniem nowych znajomości, ale tym razem było inaczej. Po spacerze odprowadził mnie do domu.
-Dzięki za oprowadzenie po okolicy - uśmiechnęłam się do chłopaka.
-Cała przyjemność po mojej stronie - odwzajemnił uśmiech.
Odpięłam smycz od obroży Zony i patrzyłam ze zdziwieniem jak chodzi wokół chłopaka.
-O co może jej chodzić? -
Tyler?
wtorek, 10 kwietnia 2018
Od Hailey cd Scotta
Po wyjściu kobiety, siedziałam w mieszkaniu i biłam się z własnymi myślami. Stwierdziłam, iż jest to najwyższy czas, aby się ogarnąć i należycie wyjaśnić to wszystko, zanim będzie za późno. Wyjęłam z szafy jeansy i ładniejszą koszulkę i przebrałam się w nie. Włosy rozpuściłam, rozczesałam, a twarz potraktowałam delikatnym makijażem. Miałam zamiar odwiedzić chłopaka, ale jak zwykle coś musiało mi przeszkodzić. Pukanie do drzwi rozległo się po mieszkaniu. Westchnęłam cicho i podeszłam do drzwi. Otworzyłam je, a przede mną stał Scott, z kwiatami w ręku, ogólnie wyglądał dużo lepiej, niż z opisu jego babci. Spojrzałam na niego z uniesioną brwią.
-Hailey, wybacz mi, proszę – powiedział, wystawiając w moją stronę ogromny bukiet białych róż.
-Wiesz, właśnie miałam wychodzić… - zaczęłam, widziałam jak jego twarz posmutniała – ale chyba poprawi ci humor, że miałam wybierać się do ciebie.
-Naprawdę? - spytał, jakby z niedowierzaniem.
-Tak. Wiesz, lepiej ogarnąć to teraz, później może być zbyt późno, Scott. Poza tym, wow, pamiętałeś, że kocham białe róże – uśmiechnęłam się, biorąc bukiet do ręki – wejdziesz? Chyba mamy do pogadania.
Twarz chłopaka jakby pojaśniała, dało się wyczytać z niej swego rodzaju ulgę, chociaż wiem, że wiele teraz przed nami, żeby wyjść na prostą, po tym co się wydarzyło. Usiedliśmy z chłopakiem na kanapie. Patrzyliśmy sobie w oczy. W tym momencie czułam, iż te spojrzenia wyrażają więcej, niż słowa. To zaskakujące, jak wiele można było przekazać jednym spojrzeniem, ile emocji odczytać.
-Wiesz, prawdę mówiąc, to cholernie się stęskniłam, bo po trasie nie zdążyłam się jeszcze tobą nacieszyć – stwierdziłam, gładząc ręką jego policzek.
Chłopak uważnie śledził moje poczynania, wiedziałam jednak, że czuje się podobnie. Widać było, jak bardzo jest mu głupio, miał w sobie coś, co sprawiało, iż nie mogłam się na niego gniewać długo. Nie zmieniało to jednak faktu, że będzie musiało minąć naprawdę dużo czasu, żebym zapomniała o tym co się wydarzyło.
-Naprawdę, jest mi strasznie głupio, gdybym tylko wiedział, że Sofii to zrobi, nie pojechałbym w trasę, nie piłbym nic tego wieczoru – mruknął, patrząc mi w oczy.
-Wiem, Scott. Widzę, jak strasznie ci głupio, znam cię na tyle, żeby widzieć takie rzeczy. Wprawdzie minie trochę czasu, zanim całkowicie zapomnę o tym, co ta krowa zrobiła, ale pamiętaj, że cię kocham – oznajmiłam, całując go w usta.
Scott?
-Hailey, wybacz mi, proszę – powiedział, wystawiając w moją stronę ogromny bukiet białych róż.
-Wiesz, właśnie miałam wychodzić… - zaczęłam, widziałam jak jego twarz posmutniała – ale chyba poprawi ci humor, że miałam wybierać się do ciebie.
-Naprawdę? - spytał, jakby z niedowierzaniem.
-Tak. Wiesz, lepiej ogarnąć to teraz, później może być zbyt późno, Scott. Poza tym, wow, pamiętałeś, że kocham białe róże – uśmiechnęłam się, biorąc bukiet do ręki – wejdziesz? Chyba mamy do pogadania.
Twarz chłopaka jakby pojaśniała, dało się wyczytać z niej swego rodzaju ulgę, chociaż wiem, że wiele teraz przed nami, żeby wyjść na prostą, po tym co się wydarzyło. Usiedliśmy z chłopakiem na kanapie. Patrzyliśmy sobie w oczy. W tym momencie czułam, iż te spojrzenia wyrażają więcej, niż słowa. To zaskakujące, jak wiele można było przekazać jednym spojrzeniem, ile emocji odczytać.
-Wiesz, prawdę mówiąc, to cholernie się stęskniłam, bo po trasie nie zdążyłam się jeszcze tobą nacieszyć – stwierdziłam, gładząc ręką jego policzek.
Chłopak uważnie śledził moje poczynania, wiedziałam jednak, że czuje się podobnie. Widać było, jak bardzo jest mu głupio, miał w sobie coś, co sprawiało, iż nie mogłam się na niego gniewać długo. Nie zmieniało to jednak faktu, że będzie musiało minąć naprawdę dużo czasu, żebym zapomniała o tym co się wydarzyło.
-Naprawdę, jest mi strasznie głupio, gdybym tylko wiedział, że Sofii to zrobi, nie pojechałbym w trasę, nie piłbym nic tego wieczoru – mruknął, patrząc mi w oczy.
-Wiem, Scott. Widzę, jak strasznie ci głupio, znam cię na tyle, żeby widzieć takie rzeczy. Wprawdzie minie trochę czasu, zanim całkowicie zapomnę o tym, co ta krowa zrobiła, ale pamiętaj, że cię kocham – oznajmiłam, całując go w usta.
Scott?
Od Scotta cd Hailey
Podczas nieobecności kobiety ruszyłem do pokoju, w którym mieliśmy ustawione instrumenty. Rozejrzałem się po pomieszczeniu, po czym usadowiłem się przy bębnach. Spojrzałem na stertę papierów porozwalanych na pulpicie. Powoli powstawały tu nowe miasta. Był to chyba nakład z ostatnich dwóch lat. Należało by z tym zrobić porządek, a przy okazji zajmę się czymś. Chwila oderwania od rzeczywistości. Po kilku godzinach usłyszałem otwieranie drzwi. Siedziałem dalej w pokoju, nawet nie fatygując się, aby zobaczyć kto to. W końcu psy, wiedzą kto wróg, a kogo można wpuścić.
-O jednak wykazujesz jakieś funkcje poza leżeniem. Widzę postęp -prychnęła wchodząc do pomieszczenia.
Zignorowałem ją dalej przeglądając karki porozrzucane na pulpicie do nut. Ustała opierając się o framugę i przyglądając się moim poczynaniom. Panowała cisza, którą przerywały jedynie odgłosy z salonu, wydawane przez bawiące się zwierzaki.
-Dobra -powiedziała w końcu, nie wytrzymując dłużej. -Masz rację, ja- stara jędza, wtykam nos w nieswoje życie. Tak tak, tu jestem podobna do tej małpy. Ale... Jak ja się za nie nie wezmę to je sam sobie spierdzielisz. Bo dobrze ci to idzie -prychnęła.
-I co? Usatysfakcjonowana jesteś tym co usłyszałaś? -Powiedziałem unosząc głowę, aby spojrzeć na nią.
-A żebyś wiedział... I nie żałuję jak potraktowałam tą rudą lafiryndę. No i tak jak powiedziałam, byłam u Hailey...
-Kto robił ci za szofera? -Zapytałem w końcu.
-No kto ? Oczywiście, że Matt... Ale ty się ogarniaj, błagam przynajmniej się ogól i zacznij przypominać chodź trochę człowieka, nie małpę. Lecisz do kwiaciarni i idziesz pogadać z tą dziewczyną. Jak zawalisz to, to jak boga kocham, zabiję ciebie i twoją lafiryndę... No już! -Prawie krzyknęła, kiedy stałem w miejscu patrząc na nią jedynie.
-Nie wiem, czy to dobry pomysł... -zacząłem gdy ciągnęła mnie. Zadziwiające ile siły mieści się w tak drobnej kobiecie.
-Ale ja wiem. Nie zwlekaj dłużej, bo kiedy się ockniecie będzie za późno to ratować. A za powód możesz przeprosić za mój nalot...
Spojrzałem na nią. Może i ma rację...
Hailey?
-O jednak wykazujesz jakieś funkcje poza leżeniem. Widzę postęp -prychnęła wchodząc do pomieszczenia.
Zignorowałem ją dalej przeglądając karki porozrzucane na pulpicie do nut. Ustała opierając się o framugę i przyglądając się moim poczynaniom. Panowała cisza, którą przerywały jedynie odgłosy z salonu, wydawane przez bawiące się zwierzaki.
-Dobra -powiedziała w końcu, nie wytrzymując dłużej. -Masz rację, ja- stara jędza, wtykam nos w nieswoje życie. Tak tak, tu jestem podobna do tej małpy. Ale... Jak ja się za nie nie wezmę to je sam sobie spierdzielisz. Bo dobrze ci to idzie -prychnęła.
-I co? Usatysfakcjonowana jesteś tym co usłyszałaś? -Powiedziałem unosząc głowę, aby spojrzeć na nią.
-A żebyś wiedział... I nie żałuję jak potraktowałam tą rudą lafiryndę. No i tak jak powiedziałam, byłam u Hailey...
-Kto robił ci za szofera? -Zapytałem w końcu.
-No kto ? Oczywiście, że Matt... Ale ty się ogarniaj, błagam przynajmniej się ogól i zacznij przypominać chodź trochę człowieka, nie małpę. Lecisz do kwiaciarni i idziesz pogadać z tą dziewczyną. Jak zawalisz to, to jak boga kocham, zabiję ciebie i twoją lafiryndę... No już! -Prawie krzyknęła, kiedy stałem w miejscu patrząc na nią jedynie.
-Nie wiem, czy to dobry pomysł... -zacząłem gdy ciągnęła mnie. Zadziwiające ile siły mieści się w tak drobnej kobiecie.
-Ale ja wiem. Nie zwlekaj dłużej, bo kiedy się ockniecie będzie za późno to ratować. A za powód możesz przeprosić za mój nalot...
Spojrzałem na nią. Może i ma rację...
Hailey?
Od Michaliny
Budzik nie chce przestać dzwonić, a ja z trudem zwlekam się z łóżka.
Łapa ja co dzień wita mnie oblizaniem po twarzy. Uśmiecham się i
podchodzę do szafy. Jest sobota, a ja mam pierwszy dzień w pracy, więc
nie zamierzam się spóźnić. Po pół godzinie jestem już ubrana i
najedzona. Szybko zapinam smycz Łapie i razem wybiegamy z mieszkania.
Cudem udało mi się znaleźć lokal niedaleko parku. Pies, jak to ma w
zwyczaju, straszy wszystkie gołębie i rozkopuje wszystkie możliwe
dziury. Gdy zaprowadzam go z powrotem i patrzę na zegarek, robi mi się
ciemno przed oczami. Mam dokładnie czterdzieści dwie minuty.
Porywam swój stary, wysłużony rower i mapę miasta, na której różnymi kolorami zaznaczyłam trasy na uczelnię, do restauracji i najbliższego sklepu. Po chwili namysłu biorę też kask. To bez wątpienia moja najszybsza jazda. A przynajmniej najbardziej zakręcona. Nigdzie, ani w Polsce, ani potem w Hazleton, nie było tylu samochodów. A co dopiero będzie po południu! W końcu zdyszana zajeżdżam przed restaurację; niewielkiego, bardzo symetrycznego i estetycznego budynku. Przypinam rower do stojaka i ściągam kask. Na szczęście włosy są w takim samym nieładzie w jakim są codziennie. Podchodzę na przód budynku, uprzednio wykorzystując jedną z szyb, aby sprawdzić, czy wszystko jest na swoim miejscu i wchodzę do środka.
W oczy od razu rzuca się kolor ścian; jaskrawa zieleń zdecydowanie pasuje do tej pory roku, jednak przyprawia o ból głowy, a przynajmniej oczu. Stolików jest niewiele, wszystkie drewniane z wazonem niebieskich kwiatów. Zajęty jest tylko jeden przez jakiegoś starszego pana z gazetą. Rozglądam się, szukając osoby, o której mój nowy szef powiedział, że mnie zaznajomi z pracą. W końcu ktoś wychodzi z drzwi na końcu sali. Wysoki, szczupły chłopak z ciemnymi włosami. Zakładam, że to on. Podchodzę do niego i pytam:
-Czy to ty?
Patrzy na mnie ze zdziwieniem.
-Kto?
-Ktoś, kto ma mnie oprowadzić, czy coś podobnego.
-A. tak, szef coś wspominał. Chodź – macha ręką i idzie się w stronę drzwi.
W pomieszczeniu stoją jakieś dodatkowe stoły, krzesła i coś podobnego do lodówki. Jest też neonowo różowa kanapa (podziwiam gust) i niewielki stolik. Omal nie dostaję w twarz fartuszkiem, który rzuca mi chłopak. Gdy już udaje mi się go założyć (nie wiem czemu, ale strasznie się denerwuję, gdy ktoś na mnie patrzy), oznajmia:
-Nathaniel jestem. Może być Nath.
-Michalina.
-Jak? – unosi brwi.
Uśmiecham się w duchu. Odkąd przyjechałam do Stanów, nie było osoby, która nie zadałaby tego pytania. Literuję więc swoje imię, co mam już opanowane niemal do perfekcji. Po kilku nieudanych próbach wymówienia go, Nathaniel macha ręką i się uśmiecha.
-To teraz cię oprowadzę, zanim wparuje tu szef.
Wchodzimy do sali, a ja staram się zapamiętać wszystkie informacje o tym, co gdzie jest i jak się nazywa. Dostaję też niewielki notes i instrukcje by zawsze się uśmiechać. Starszy pan dziwnie się na mnie patrzy, gdy demonstruję przed Nathanielem wszystkie swoje najlepsze uśmiechy, ale mówię sobie w duchu, że nawet nie znam tego faceta (gorzej, jeśli jest stałym klientem). Potem okazuje się, że muszę jeszcze znać menu, czego w sumie mogłam się spodziewać, więc sięgam po jedno. Wtedy też za drzwiami dają się słyszeć podniesione głosy. A szybkość, z jaką są wykrzykiwane, wskazują na coś więcej niż zwykłą kłótnię. Patrzę na drzwi. Nathaniel też.
-Zaczekaj tu – mówi i wybiega na zewnątrz.
Mam ochotę pójść za nim, ale w ogóle nie mam zdolności bicia się, więc zostaję w środku. Starszy pan jakby schował się za gazetą. Po piętnastu minutach mam już dosyć czekania.
Nathaniel, co ty tam robisz?
Porywam swój stary, wysłużony rower i mapę miasta, na której różnymi kolorami zaznaczyłam trasy na uczelnię, do restauracji i najbliższego sklepu. Po chwili namysłu biorę też kask. To bez wątpienia moja najszybsza jazda. A przynajmniej najbardziej zakręcona. Nigdzie, ani w Polsce, ani potem w Hazleton, nie było tylu samochodów. A co dopiero będzie po południu! W końcu zdyszana zajeżdżam przed restaurację; niewielkiego, bardzo symetrycznego i estetycznego budynku. Przypinam rower do stojaka i ściągam kask. Na szczęście włosy są w takim samym nieładzie w jakim są codziennie. Podchodzę na przód budynku, uprzednio wykorzystując jedną z szyb, aby sprawdzić, czy wszystko jest na swoim miejscu i wchodzę do środka.
W oczy od razu rzuca się kolor ścian; jaskrawa zieleń zdecydowanie pasuje do tej pory roku, jednak przyprawia o ból głowy, a przynajmniej oczu. Stolików jest niewiele, wszystkie drewniane z wazonem niebieskich kwiatów. Zajęty jest tylko jeden przez jakiegoś starszego pana z gazetą. Rozglądam się, szukając osoby, o której mój nowy szef powiedział, że mnie zaznajomi z pracą. W końcu ktoś wychodzi z drzwi na końcu sali. Wysoki, szczupły chłopak z ciemnymi włosami. Zakładam, że to on. Podchodzę do niego i pytam:
-Czy to ty?
Patrzy na mnie ze zdziwieniem.
-Kto?
-Ktoś, kto ma mnie oprowadzić, czy coś podobnego.
-A. tak, szef coś wspominał. Chodź – macha ręką i idzie się w stronę drzwi.
W pomieszczeniu stoją jakieś dodatkowe stoły, krzesła i coś podobnego do lodówki. Jest też neonowo różowa kanapa (podziwiam gust) i niewielki stolik. Omal nie dostaję w twarz fartuszkiem, który rzuca mi chłopak. Gdy już udaje mi się go założyć (nie wiem czemu, ale strasznie się denerwuję, gdy ktoś na mnie patrzy), oznajmia:
-Nathaniel jestem. Może być Nath.
-Michalina.
-Jak? – unosi brwi.
Uśmiecham się w duchu. Odkąd przyjechałam do Stanów, nie było osoby, która nie zadałaby tego pytania. Literuję więc swoje imię, co mam już opanowane niemal do perfekcji. Po kilku nieudanych próbach wymówienia go, Nathaniel macha ręką i się uśmiecha.
-To teraz cię oprowadzę, zanim wparuje tu szef.
Wchodzimy do sali, a ja staram się zapamiętać wszystkie informacje o tym, co gdzie jest i jak się nazywa. Dostaję też niewielki notes i instrukcje by zawsze się uśmiechać. Starszy pan dziwnie się na mnie patrzy, gdy demonstruję przed Nathanielem wszystkie swoje najlepsze uśmiechy, ale mówię sobie w duchu, że nawet nie znam tego faceta (gorzej, jeśli jest stałym klientem). Potem okazuje się, że muszę jeszcze znać menu, czego w sumie mogłam się spodziewać, więc sięgam po jedno. Wtedy też za drzwiami dają się słyszeć podniesione głosy. A szybkość, z jaką są wykrzykiwane, wskazują na coś więcej niż zwykłą kłótnię. Patrzę na drzwi. Nathaniel też.
-Zaczekaj tu – mówi i wybiega na zewnątrz.
Mam ochotę pójść za nim, ale w ogóle nie mam zdolności bicia się, więc zostaję w środku. Starszy pan jakby schował się za gazetą. Po piętnastu minutach mam już dosyć czekania.
Nathaniel, co ty tam robisz?
Subskrybuj:
Posty (Atom)


